#308 Amy MacDonald „Life in a Beautiful Light” (2012)


Pięć lat po głośnym debiucie, szkocka wokalistka Amy MacDonald powróciła z nowym materiałem. Album “Life in a Beautiful Light” swoją premierę miał przed wakacjami. Promowany był singlem “Slow It Down”, który na pewno kojarzycie. Bo jeśli nie – musieliście przespać ostatnie miesiące. Piosenka była wszędzie. I dobrze, bo to naprawdę ciekawy, chwytliwy a przede wszystkim dobry kawałek. Czy trzeci w dorobku młodej wokalistki krążek przynosi nam tylko takie utwory?

Na początku recenzji lubię czasem powspominać poprzednie albumy danego artysty. Po “This Is the Life” słuchacze sięgali bardzo chętnie. Nic dziwnego, to naturalna, pełna uroku płyta. Amy nagrała ją mając dziewiętnaście lat. Dtugi krążek, “A Curious Thing”, spodobał mi się nagle. Długo nie mogłam się do niego przekonać, dostrzec jego zalet. Nie jest już tak niewinny jak debiut. Broni się dobrą muzyką i niebanalnymi, życiowymi tekstami. A najnowszy? “Life in a Beautiful Light”? Zaczęło się podobnie jak z “A Curious Thing”. Zrzędziłam, narzekałam. Minął miesiąc, a moja ocena trzeciej płyty Amy nie zmieniła się diametralnie. To album poprawny. I tyle. Kropka.

Zacznę może od tekstów, bo te zawsze MacDonald wychodziły. W “The Game” porusza ponownie motyw sławy. Śpiewa:

I’m lost in the game, the game you call fame (PL: Jestem zagubiona w grze, grze, którą nazywasz sławą).

W tytułowym “Life in a Beautiful Light” wciela się w szczęśliwie zakochaną kobietę. Widzi gwiazdy, motyle. Odnajduje pozytywne strony w czerni i szarości. W “In the End” śpiewa o tym, że mogłaby być kimś zupełnie innym. Zdaje sobie sprawę, że wiele rzeczy ją ominęło. “Left That Body Long Ago” opowiada o zmianach. Amy się zmieniła, nie jest już taka, jak wcześniej. Jest wolna i szczęśliwa.

Muzyka, którą wokalistka zaprezentowała nam na “Life in a Beautiful Light” to mieszanka popu, rocka i folku. Czyli po raz trzeci dostajemy dokładnie to samo. Sytuację Amy porównać możemy do tej Katie Meluy. Przy okazji recenzji “Pictures” napisałam, że wokalistka po raz trzeci ‘weszła do tej samej rzeki’. Suchą noga do brzegu nie dotarła, a nawet więcej – zatonęła w połowie. Podobnie sprawa ma się z MacDonald. Katie obroniła się jednak kilkoma perełkami (chociażby “Dirty Dice”) i świetnym wokalem. Amy przy niej wypada dosyć blado. Ale dam Katie spokój i przyjrzę nowym utworom Szkotki bliżej.

Na pierwszy plan bez wątpienia wysuwa się singlowe  “Slow It Down”. Jak już pisałam na początku recenzji – to szybki, chwytliwy kawałek. Nie da się go nie lubić. Amy śpiewa w nim bardzo dobrze, chyba najlepiej od początku kariery. Z taką werwą, z życiem. Ciekawym fragmentem utworu jest powtarzane kilka razy down down down. Brzmi to niesamowicie melodyjnie. Bardzo podoba mi się też “The Game”, czyli utwór, w którym gitara akustyczna nie jest tak wyczuwalna jak w pozostałych. Poza tym na uwagę zasługuje Amy, która nie brzmi tak bezbarwnie jak w innych kawałkach na “Light in a Beautiful Light”. Szczególnie refren w jej wykonaniu powala na kolana.

A inne piosenki? Ciężko właściwie coś tu wyróżnić. Otrzymujemy jeszcze “4th of July”, które charakteryzuje się mało ciekawymi zwrotkami i porządnym, przebojowym refrenem. Są też balladowe “The Furthest Star” oraz “Human Spirit”. Niecodziennie kończy się utwór “The Green and Blue”. Słyszymy w nim… fragment jakby wycięty z meczu piłki nożnej. Komentator krzyczy gol i słyszymy wrzawę na trybunach. Zainteresowało mnie to, bo tekst nie ma nic wspólnego z tym sportem. Opowiada oczywiście o miłości. Żadnego związku z piłką nożna znaleźć nie umiem, oprócz tego, że Amy jest jej wielką fanką, co wielokrotnie powtarzała w wywiadach.

Wybaczcie, że recenzja nie jest zbyt długa. Po prostu miałam problem, by o trzeciej płycie Amy MacDonald naskrobać parę słów. “Life in a Beautiful Light” to album, którego słucha sie bardzo lekko i, no dobra, przyjemnie. Jednak, kiedy się chce coś o nim powiedzieć, pojawia się problem. Oprócz “Slow It Down” można powiedzieć, że każda piosenka jest taka sama. Brak tu jakiś wyrazistych punktów, perełek, do których lubiłabym wracać tak często, jak do “No Roots” czy “Love Love”. Utwory nie są złe, ale nijakie. Przeszkadza mi również to, że Amy stoi w miejscu. Nie chcę, by wprowadziła do swojej twórczości elektronikę, ale może więcej instrumentów? Bo jeśli kolejna płyta będzie taka jak “Life in a Beautiful Light”, to nawet nie będzie chciało mi się po nią sięgać.

15 Replies to “#308 Amy MacDonald „Life in a Beautiful Light” (2012)”

  1. Ma świetny wokal, piosenki też (ale nie wszystkie).;)

    Kocham jej “This Is The Life”.

    Zgadzam się z Tobą, “Slow It Down” i “The Game” to najlepsze kawałki z tego krążka.;D

  2. Nie będę kłamać, muzyka Amy nie wpada w mój gust, ale na pewno nie można powiedzieć, że nie ma talentu. No i podziwiam artystów, którzy nie pokazują swojej prywatności, za to ma u mnie również dużego plusa 🙂 / kstewart.blog.pl

  3. Amy słucham od niedawna. Spodobała mi się jej piosenka ,,Slow…”, a później przeszukałam YT i znalazłam jeszcze inne, równie ciekawe. 🙂 Ale rzeczywiście masz rację – jej piosenki są bardzo podobne do siebie. Częsty problem współczesnych artystów. :/ Szkoda, szkoda, bo babka ma niepowtarzalny głos.

    polsky-akcent.blogspot.com
    opowiescioksiazkach.blogspot.com

  4. Slow it Down jest świetne! Amy McDonald ma taki specyficzny głos, który bardzo mi się podoba. Moja mama ją wprost uwielbia i to chyba jedyna zagraniczna wokalistka która przypadła jej do gustu

  5. no to raczej przespalam te miesiace kiedy lecial ten singiel xd a moze dlatego go nie znam bo nie slucham radia…. hmmm…. co do plyty raczej mam mieszane uczucia, ale wokalistka jest rzeczywiscie utalentowana.
    //ADELEZONE

  6. Nie słuchałam tej płyty, ale z twórczością Amy spotkałam się nie raz. Podoba mi się jako Artystka, ma niesamowity głos przy czym jest skromna i nie próbuje zrobić kariery na skandalach.
    Co do recenzji płyty Diany Krall to jestem bardziej na nie, kompletnie nie mój typ muzyki. A ty? 🙂 U mnie nowa notka zapraszam http://www.PatriciaxLife.blogspot.com

  7. dla mnie ta płyta jest najlepszym albumem ostatnich 10 lat, na liczniku mam już prawie 4 tys. przesłuchań z tej płyty:D bardzo się cieszę, że Amy nie zmienia stylu i nie eksperymentuje – wolę powtarzającą się bardzo dobrą muzykę Amy, niż np. wyskok w elektronikę czy dubstepy (wtedy, pomimo eksperymentowania, krytykowałabyś taki krok Amy :P).

Odpowiedz na „~JoysyAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *