#221 Kelly Clarkson “Thankful” (2003)

Kariera Kelly Clarkson rozpoczęła się na dobre po zwycięstwie w “Idolu”. Szybko przyszedł kontrakt płytowy i możliwość nagrania debiutanckiej płyty. Album “Thankful” ukazał się kilka miesięcy po zajęciu pierwszego miejsca w talent show. Pierwszy singiel – “A Moment Like This” – stał się wielkim hitem. W pracą nad pierwszą płytą wspierali Clarkson producencie odpowiedzialni za sukcesy takich gwiazd jak Whitney Houston, Michael Jackson oraz Madonny. Niedługo się przekonamy, czy gwiazda Kelly Clarkson będzie świecić obok nich nie mniejszym blaskiem. A na początek…album “Thankful”.

Czytaj dalej #221 Kelly Clarkson “Thankful” (2003)

#198 Pink “Try This” (2003)

Po dwóch krążkach w stylu r&b i pop P!nk postanowiła pokazać, że ma pazurki. Zostawiła łagodne klimaty r&b i nagrała płytę łączącą w sobie elementy rocka. Jak się szybko okazało – fani tego nie kupili. Nie spodobała im się nowa Pink. Podczas nagrywania krążka artystka współpracowała m.in. z Timem Armstrongiem, który specjalizuje się w punkowej muzyce. Pojawia się też Linda Perry, przy której pomocy Pink nagrała świetny album “Missundaztood”. Kropkę nad i postawił William Orbit, który już chyba na zawsze będzie kojarzony z płytą Madonny pt. “Ray of Light”. Jak widać, nazwiska wielkie. Coś jednak nie wyszło.

Czytaj dalej #198 Pink “Try This” (2003)

#191, 192 Destiny’s Child “8 Days of Christmas” & Christina Aguilera “My Kind of Christmas”

 

Po trzech studyjnych płytach dziewczyny z Destiny’s Child postanowiły przygotować coś specjalnie z myślą o świętach Bożego Narodzenia. Tym ‘czymś’ jest album “8 Days of Christmas”. Beyonce, Kelly i Michelle połączyły w piosenkach gospel oraz typowe dla siebie r&b. A to wszystko utrzymane w tradycyjnym bożonarodzeniowym klimacie. Wyszła im bardzo ciekawa mieszanka.

Cechą charakterystyczną płyt świątecznych jest to, że znajduje się na niej sporo coverów. Nie inaczej jest w przypadku Destiny’s Child. Na dwanaście utworów zaledwie trzy są stworzone specjalnie na ten krążek: “8 days of Christmas”, “Winter Paradise” oraz “Sperad a Little Love on Christmas Day”. Reszta to klasyki. Począwszy od “Silent Night” i “O Holy Night”, przez “This Christmas” po “Little Drummer Boy”.

Czytaj dalej #191, 192 Destiny’s Child “8 Days of Christmas” & Christina Aguilera “My Kind of Christmas”

#163 Joss Stone “The Soul Sessions” (2003)

Joss Stone to brytyjska wokalistka r&b oraz soul, która zadebiutowała albumem “The Soul Sessions” w 2003 roku. Jedna rzecz mnie bardzo zszokowała. Moglibyście mi powiedzieć, że Joss Stone jest ogromną fanką Justina Biebera a do poduszki słucha Rammstein’a. Nie zrobiłoby to na mnie tak ogromnego wrażenie jak to, że nagrywając ten krążek artystka miała zaledwie szesnaście lat. Niektórzy z was mogą się zdziwić, co ja tu wypisują, co mnie niby w tym dziwi. Przecież Miley Cyrus czy Britney Spears zaczynały w podobnym wieku (Cyrus nawet wcześniej). Wystarczy jednak posłuchać jakiejkolwiek piosenki z płyty “The Soul Sessions”, by zrozumieć, o co mi chodzi. Ma niezwykle dojrzały głos. Jest świadoma tego, o czym śpiewa i co chce piosenką przekazać nam, słuchaczom. A jest tak niesamowicie młoda. Wystarczy spojrzeć na niektóre dziewczyny w jej wieku. Przedszkole normalnie. Szaleją za muzyką pokroju LMFAO czy Lady GaGi, nie dopuszczają do siebie innych gatunków niż pop i dance. Joss Stone sięgnęła po brzmienia lat 60. i 70. Sięgnęła dosłownie, bo jej debiutancka płyta jest zbiorem coverów. Mamy tu piosenki m.in. Arethy Franklin (“All the King’s Horses” z 1972 roku), Soul Brothers Six (“Some Kind of Wonderful” z 1967 roku) oraz Sugar Billy (“Super Duper Lover” z 1967 roku). Najmłodszą piosenką na płycie jest “Fell in Love With a Boy” zespołu The White Stripes z 2001 roku. Wersje Joss są całkiem niezłe. Ma fajny, ciekawy głos. Pasują do niej właśnie takie utwory. Nie potrafię wyobrazić jej sobie w piosence wyprodukowanej przez takiego Davida Guettę czy stylizacji “na Lady GaGę”. Płyta “The Soul Sessions” składa się zarówno z szybkich utworów jak i tych spokojnych. Nie ma jednak typowych ballad. Do spokojnych numerów zaliczyć należy “The Chokin’ Kind”. Uwielbiam szczególnie początek. Joss wspaniale, delikatnie śpiewaI only meant to love you Didn’t you know it baby Didn’t you know it? (PL: Ja tylko chciałam cię kochać Nie wiedziałeś kochanie? Nie wiedziałeś tego?). Spokojne jest też “Victim of Foolish Heart”. Może nie tyle w refrenie, co w samych zwrotkach. One też bardziej mi się podobają. W refrenie odpycha mnie chórek. Nie udany. Sama piosenka ma jeszcze jeden minus – jest za długa. Ciekawym spokojnym numerem jest “I Had a Dream”. Przez połowę numeru Joss Stone śpiewa prawie acapella. Tam gdzieś w oddali (trzeba się mocno wsłuchać) brzdąka ktoś na gitarze. I to jest właśnie cudowne. Tylko na chwilkę wchodzi więcej instrumentów. Ostatnią propozycją z ‘ballad’ jest “For the Love of You Pt. 1 & 2”. Długa, bo trwająca ponad 7 minut piosenka, szybko się niestety nudzi. Niewiele tez z niej pamiętam. Jednak posłuchać raz na jakiś czas jest miło. Większą część płyty zajmują jednak szybsze numery. Do najlepszych bez dwóch zdań zaliczyłabym “Dirty Man” (chociaż trochę zalatuje mi “The Chokin’ Kind”) oraz “All the King’s Horses”, oryginalnie wykonywane przez Arethę Franklin. Wersja Joss również jest świetna. Na debiutanckiej płycie Joss Stone nie ma właściwie słabych momentów. Warto się zainteresować. Nie bardzo pasuje mi, że na krążku znalazły się same covery. Wolałabym coś autorskiego.

#160, 161, 162 Madonna “Celebration” (2009) & Katie Melua “Call off the Search” (2003) & Linkin Park “Meteora” (2003)

W 2009 swój dorobek artystyczny postanowiła podsumować Madonna. Tak powstała składanka “Celebration”. Moim zdaniem trochę się pośpieszyła. I tak pewnie dostaniemy od niej podobny krążek na 30-lecie kariery w 2013. Są dwie wersje tej płyty – 2CD i 1CD. Ocenię wersję jedno-płytową, by za bardzo was nie znudzić. Ta płyta to kwintesencja Madonny. Brakuje na tej wersji jednak chociaż jednego reprezentanta z “Erotica”, “Bedtime Stories” i “American Life”, ale widać, że postawiono na piosenki z początków kariery. Jeśli ktoś wątpi, czy Madonna jest królową popu, powinien posłuchać tego krążka. Widać, jak zmieniała się przez lata. Najpierw była zwykłą dziewczyną śpiewającą chwytliwe, taneczne hity. Potem dojrzała i zaserwowała album “Like a Prayer”. Następnie zaś wydała najspokojniejszy i najbardziej dojrzały album w swojej karierze (nie uwzględniając składanki z balladami pt. “Something to Remember”) składający się z elektronicznych utworów (“Ray of Light”) by zabrać nas na parkiet dzięki klubowemu “Confessions on a Dancefloor”. Dobrym pomysłem było porozrzucanie piosenek. Madonna nie zachowała porządku chronologicznego. Album otwiera “Hung Up” z 2005 roku. Jest to jedna z moich ulubionych piosenek Madonny, lecz nieco blednie przy “Like a Prayer” czy “Frozen”. Później przechodzimy do tanecznego “Music” i ciekawego “Vogue”. Najmłodszym utworem na składance jest “4 Minutes” z Justinem Timberlaka’em i zupełnie nowy utwór – “Celebration”. Przyznam jednak, że ten dance popowy numer jest jednym z najsłabszych w całej karierze Madonny. Oj, spadek formy. Inną piosenką na tej kompilacji, która mi się nie podoba, jest “Material Girl” z drugiej płyty artystki pt. “Like a Virgin”. Za bardzo przesłodzony numer. A w połączeniu z teledyskiem to nic tylko umawiać się do dentysty. Na szczęście oprócz tych dwóch ‘dołków’ płyty słucha się z przyjemnością. Cieszę się, że znalazły się na niej takie piosenki, które są na liście moich ulubionych od dłuuugiego czasu. Należą do nich chociażby “Like a Prayer” i “Frozen”. Składanka hitów Madonny jest idealna dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z muzyką królowej. Posłuchają jej starszych piosenek, przypomną sobie te młodsze. No i zrozumieją, dlaczego to właśnie Madonna jest nazywana królową popu. W jakiejś mierze to od niej wszystko się zaczęło…

Katie Melua to pochodząca z Gruzjii dziewczyna, która w bardzo młodym wieku wraz z rodzicami przeniosła się do Anglii. I tam pokochała śpiewać. W chwili wydania swojej debiutanckiej płyty zatytułowanej “Call Off the Search” miała zaledwie 19 lat. Jak na tak młody wiek piosenki są dojrzałe. Katie wiedziała, co chce osiągnąć. Zamiast, jak jej rówieśnicy, robić ‘tournee’ po klubach Londynu, ona twierdziła, że taka muzyka jej nie interesuje. Pierwsza płyta wokalistki, którą teraz oceniam, utrzymana jest w jazz’owej stylistyce. Czasem jest balladowo (“The Closest Things to Crazy”, “Lilac Wine”). Innym znów razem daje trochę więcej “czadu” i serwuje utwory, przy których można się pokołysać (“Crawling Up the Hill”). Głos ma jeszcze nie do końca wyćwiczony. Nie jest idealny, ale na tej płycie (podobnie jak na np. “All We Know Is Falling” Paramore) nie przeszkadza to. Najbardziej podoba mi się to, że płyta “Call Off the Search” jest bardzo żywa. Zaraz wyjaśnię, co to znaczy. Słuchając jej wielokrotnie miałam wrażenie (szczególnie, gdy zamykałam oczy), że Katie stoi obok mnie i śpiewa. Taki mini koncert w mojej głowie 😉 Jeśli chodzi o teksty to trochę się zawiodłam, bo chyba tylko dwa z nich są autorstwa Katie (“Faraway Voice” i “Belfast (Penguins and Cats)”). Gdybym o tym nie wiedziała, nigdy bym nie pomyślała, że miała tak mały udział w tworzeniu piosenek. Śpiewa je tak autentycznie. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by przyjrzeć się, o czym w ogóle Melua śpiewa. W subtelnym, lekkim “Blame It On the Moon” nuci Gonna blame it on the moon, Didn’t want to fall in love again so soon (PL: Będę oskarżać o to Księżyc, Nie chciałam znów się zakochać tak szybko). W “Lernin’ the Blues” odkrywa przed nami tajemnice blues’a. Uroczym głosem śpiewa You play the same love song It’s the tenth time you’ve heard it, You’ve had your first lesson in learnin’ the blues (PL: Grasz tą samą miłosną piosenkę Słyszysz ją już po raz dziesiąty; Miałeś pierwszą lekcję W nauce bluesa). Jednak moim numerem jeden jest “Crowling Up the Hill”. Piosenka napełnia mnie pozytywną energią. Katie śpiewa w nim o powolnym wdrapywaniu się na samą górę i swojej karierze, która tak na dobre rozkręciła się po wydaniu drugiej płyty: So here I am in London town, A better scene I’m gonna be around, The kind of music that won’t bring me down, My life is just a slow train crawling up a hill (PL: Więc jestem tutaj, w Londynie Lepsze miejsce, zamierzam się tu kręcić, Rodzaj muzyki, który mnie nie nudzi, Moje życie jest jak powolny pociąg wdrapujący się na wzgórze). A to wszystko podane w tak lekki sposób, że każdemu się chyba powinno spodobać. Największym minusem płyty jest to, że sporo piosenek mi uleciało. Szkoda też, że Katie nie do końca była świadoma swojego talentu i głosu. Jednak jak na debiut, jest dobrze. czy Melua rozwinęła się muzycznie, dowiemy się niedługo, bo planuje ocenić całą jej dyskografię.

 

Pierwsza płyta zespołu Linkin Park pt. “Hybrid Theory” ukazała się w 2000 roku. Trzy lata musiały więc czekać osoby, które zachwyciły się debiutem, na ich nowy krążek. Mnie pierwsza płyta zespołu nie zachwyciła, aczkolwiek kilka piosenek naprawdę mi się spodobało i do dzisiaj często goszczą w moich głośnikach. Do “Meteory” przekonywałam się długo. Po płytę sięgnęłam już w sierpniu. Często słuchałam jej i we wrześniu. Na początku byłam wręcz załamana tym albumem. Zdenerwowałam się na chłopaków, że po fajnym debiucie wydali takie coś. Dzisiaj przyjmuję ten album nieco lepiej, choć szału nie ma. Gorszy niż poprzedni. Nie postarali się za bardzo. Cały album właściwie zlał mi się w jedno. Raz, przeglądając tracklitę, po zapoznaniu się już kilka razy z “Meteorą”, byłam zaskoczona, że są na niej takie piosenki jak “Figure 09” czy “Faint”. Nie zauważalne. Od poprzedniego krążka styl Linkin Park się nie zmienił. Nadal serwują dawkę rockowych brzmień połączonych z elementami rapu. No i chwała im za to, bo dzięki temu się wyróżniają. Inaczej wrzuciłabym ich do worka z innymi podobnymi zespołami. Płytę otwiera intro “Foreword”. Oderwane od rzeczywistości. To moja opinia. Nawet za dobrze nie łączy się z następną piosenką – “Don’t Stay”. Utwór jest całkiem fajny. Chester czasem śpiewa, czasem krzyczy. Inny koleś rapuje. Z pozostałych numerów lubię jeszcze “Breaking the Habit” oraz “Numb”. Ta pierwsza wyróżnia się. Jest to chyba najłagodniejszy numer w wykonaniu tego zespołu. Jakby się człowiek uparł to i by do niego potańczył 😉 O ile dobrze pamiętam w utworze występuje tylko Chester. Nie ma już rapowanej wstawki. “Numb” z kolei pamiętam ‘z dzieciństwa’, że tak powiem. Wiele osób w podstawówce miało świra na punkcie tego numeru. Ja nie. U mnie przyszło to po latach xD To właściwie wszystko, co lubię z “Meteory”. Nie podoba mi się natomiast “Hit the Floor” (za bardzo wykrzyczane, chaotyczne; rapowane zwrotki są super, refren koszmarny), “Easier to Run” (nudne, bez polotu) oraz “Session”. Na poprzedniej płycie Linkin Park również mieli jeden utwór instrumentalny (“Cure For the Itch”). Teraz taką funkcję spełnia “Session”. Nie podoba mi się coś takiego. Mogli to chociaż skrócić i wrzucić jako interlude. Jest tu jeszcze jednak piosenka, o której powiedziałabym, że się wyróżnia. Mowa tu o “Nobody’s Listening”. Muzyka przywodzi mi na myśl dźwięki płynące z Dalekiego Wschodu. Japonia, Chiny i takie tam. Podsumowania nie będzie. Co chciałam napisać zawarłam we wstępie. Fanom Linkin Park mogę zdradzić, że ich kolejna płyta (“Minutes to Midnight”) zostanie przeze mnie zrecenzowana już wkrótce.

#130, 131, 132 Madonna “American Life” (2003) & 30 Seconds to Mars “This Is War” (2009) & Enrique Iglesias “Insomnia” (2007)

I’d like to express my extreme point of view I’m not Christian and I’m not a Jew I’m just living out the American dream (PL: Chciałabym wyrazić swój skrajny punkt widzenia Nie jestem chrześcijanką i nie jestem żydówką Ja po prostu przeżywam amerykański sen). Tak rapuje Madonna w piosence tytułowej, która otwiera krążek “American Life”. Nie ma co ukrywać. Po nieco nudnym albumie “Music” zrobiła najlepsze, co mogła zrobić. Nagrała świetny, nie komercyjny album, którym tylko umocniła swoją pozycję w show biznesie. Sprawiła, że nie można przejść obok niego obojętnie. Pierwszy raz spotykam się z płytą, która zbierała skrajnie różne recenzje w zależności od miejsca zamieszkania. Jak można się spodziewać – w USA artystka została niemalże pogrzebana. My jednak mieszkamy ‘nieco’ dalej. Mi płyta z muzycznego punktu widzenia bardzo się podoba. Madonna odważnie sięgnęła po elektronikę. W niektórych utworach wspomaga się jednak gitarą (jak w akustycznym “X-static Process”) a czasem i całą orkiestrą (“Easy Ride”). Nie przestaje w tym wszystkim być sobą, czyli po prostu królową. Podoba mi się to, że Madonna śpiewa na “American Life” czysto. Ma głos jaki ma, ale na tej płycie wypada świetnie. Moje ulubione utwory? Należy do nich przede wszystkim numer tytułowy, czyli “American Life”. Piosenka szybko wpada w ucho. I co najważniejsze – po kilku przesłuchaniach nie nudzi się. Uwielbiam również “Mother and Father”. Niektórych może zniechęcać początek, gdzie Madonna śpiewa takim śmiesznym głosem, ale ja to kocham.  Piosenka należy do tych szybszych, ale tak naprawdę jest smutna. Wszystko leży w warstwie tekstowej. Madonna śpiewa m.in. My mother died when I was five (PL: Moja mama zmarła, gdy miałam 5 lat). Więc nie dajcie się zwieść tanecznej muzyce. Lubię też “Love Profusion”. Oprócz szybkich utworów znajdziemy tu kilka ballad. W “Nothing Falls” uwielbiam chórek, który pojawia się pod koniec. Piosenka kojarzy mi się z “Like a Prayer”, ale jest od niej gorsza. “X-Static Process” jest spokojną, akustyczną piosenką. Jedyne, co mi się nie bardzo w tej piosence podoba, to to, że głos Madonny został podwojony, potrojony itp. Sprawia to, że tę piosenkę śpiewa kilka Madonn. “Easy Ride” z kolei to (jak wspomniałam wcześniej) piosenka nagrana przy udziale orkiestry. Jedyny utwór, który mnie nie zachwycił to “Hollywood”. Nieco elektryczna piosenka jest jakaś taka bez wyrazu. Płyta jest jednak znacznie lepsza od poprzedniej (“Music”, 2000). Warto poznać.

Kilka osób już dawno prosiło mnie o recenzję ostatniej płyty zespołu 30 Seconds to Mars pt. “This Is War”. No więc się doczekaliście. Jest to pierwsza płyta zespołu, którą poznałam. Czy ostatnia? Chyba nie. Kiedyś sięgnę po pozostałe, z nadzieją, że było lepiej. Sporo dobrego czytałam o tej płycie. Wokalista zespołu – Jared Leto – ma świetny głos. Bardzo głęboki, męskie, po prostu cudowny. W sam raz do takich rockowych utworów. Mnie niestety płyta zawiodła. Brak tu piosenek, do których chciałabym wracać i wracać, które cięgle bym męczyła. Nie wiem, jaka była ich muzyka wcześniej, ale ta wydaje mi się nieco komercyjna, pod publikę. Wiadomo – nie każdą, ale fani ostrzejszych brzmień się na pewno zainteresują. Największe zainteresowanie wywołała u mnie piosenka otwierająca krążek – “Escape”. Trwa nieco ponad 2 minuty. Przez większą część utworu gra sama muzyka. Jared śpiewa tylko fragmencik. Za co lubię tę piosenkę? Za nastrój. Jest taka tajemnicza. Największą słabością albumu jest długość niektórych utworów. Nie lubię, gdy piosenki są zbyt długie. ‘A “Walk Away” Christiny, które trwa ok. 6 minut jakoś słucha’ – pomyślicie pewnie. Można nagrywać długie piosenki. Jednak gdy mają być one tak nudne jak te na “This Is War”, to lepiej sobie darować. Takie piosenki podobają mi się do drugiej, góra trzeciej minuty. Później tylko modlę się, by się już skończyły. Jednak żeby nie było tak do końca negatywnie. Są tu i piosenki, które (nawet w połowie) brzmią dobrze. Należy do nich zdecydowanie “Night of the Hunter”. Kawał dobrej, rockowej muzyki. Szansę mogę dać również spokojniejszemu od poprzednika “Hurricane”. Z pozostałych piosenek najbardziej wyróżnia się “Vox Populi”. Szczególnie ze względu na występujący w utworze chór. Zawsze obawiam się numerów, którym towarzyszy właśnie chórek, ale ten da się ‘przełknąć’. Mimo, iż płyty przesłuchałam z 4 razy to na pewno, nic prawie nie pamiętam. Piosenki zlewają mi się w jedno, mieszają. Zdecydowanie po 30 Seconds to Mars spodziewałam się czegoś lepszego.

4 lata musieli czekać fani Enrique Iglesiasa na nowy krążek swojego idola. Nie znam jego wcześniejszych albumów, opieram się wciąż na singlach. Przesłuchałam już kiedyś “Euprohię” i płyta, którą teraz oceniam przy niej to arcydzieło. Jednak oceną jego ostatniego ‘dzieła’ zajmę się kiedy indziej. Na płytę “Insomniac” składają się piosenki stonowane, spokojne. Jednak nie wszystkie takie są. Enrique pomyślał również o tych, którzy przy balladach ziewają. Nagrał bowiem kawałek z Lil’ Waynem pt. “Push”. Kiedyś nie lubiłam tego utworu. Teraz wręcz przeciwnie. Lubię sobie go słuchać. Inną, nazwijmy to ‘taneczną’ piosenką jest “Can You Hear Me”. Wątpię, by zyskała taką popularność, gdyby nie to, że została oficjalnym hymnem Euro 2008. Ostatnio mi się nieco już znudziła, ale za każdym razem przywołuje miłe, wakacyjne wspomnienia. A co z resztą? Trochę obawiałam się, że spokojne piosenki mnie znudzą i sprawią, że słuchanie tej płyty będzie katorgą. Jednak moje obawy się nie potwierdziły. “Insomniac” jest jedną z tych nielicznych płyt, na których taka ilość ballad wypada dobrze. Kilka z nich jest naprawdę uroczych. W “Miss You” pojawia się coś z muzyki latynoskiej, w “Do You Know (the Ping Pong Song)” słychać odbijane piłeczki do ping ponga. Jednak tylko na początku i pod koniec. Trochę szkoda, że tak mało, bo to całkiem fajny pomysł. Byłoby bardziej oryginalnie. Najsmutniejszą piosenką wydaje mi się “Little Girl”. Muzyka jest po prostu piękna. No i plus za tekst, który nie opowiada o miłości. Utwór opowiada o dziewczynie skłóconej z całym światem. Enrique śpiewa m.in. But she cries in the night Just to try to hold on No one can hear her She’s all alone (PL: Ale ona płacze w nocy, próbując się jakoś trzymać, nikt nie może jej usłyszeć ona jest zupełnie sama). Słabsze momenty? Nieco nudne “Wish I Was Your Lover” i “Somebody’s Me”. Nie spodziewałam się, że jego płyta może mi się spodobać. A jednak…

#114 Nelly Furtado „Folklore” (2003)

Trzy lata po “Whoa, Nelly” otrzymujemy od Nelly Furtado nowy materiał. Kiedy po raz pierwszy słuchałam “Folklore” byłam bardziej na ‘nie’ niż na ‘tak’. Jednak po kilku przesłuchaniach stwierdziłam, że nawet mi się podoba. Przede wszystkim płyta brzmi dojrzalej niż poprzedniczka. Nelly również jest bardziej odważna w łączeniu gatunków. Obok popu mamy tu elementy folku (“Powerless”), hip hopu (“Fresh Off The Boat”) i akustycznych brzmień (“Try”, “Saturdays”). Sprawia to, że płyta nie jest jednostajna, nie nudzi się tak szybko. Sama muzyka zasługuje na oddzielny komentarz. W wielu piosenkach pojawia się banjo, mandolina (“One-Trick Pony”, “Forca”), gitara akustyczna (“Try”), gitara elektryczna (“Childhood Dreams”). Kiedyś nie mogłam wręcz słuchać tej płyty ze względu na głos Nelly, ale na szczęście się przekonałam do niego. Jest oryginalny, ciekawy. Nie wydaje mi się, aby ktoś inny śpiewając piosenki z “Folklore” wypadłby równie dobrze jak właśnie Furtado. Teraz może coś o piosenkach. Zauroczył mnie początek płyty. Uwielbiam “One-Trick Pony”, “Powerless”, “Explode”. “Try” niestety zdążyło mi się znudzić już przynajmniej trzy razy. Za pierwszym przesłuchaniem zwróciłam uwagę tylko na nieco hip hopowe “Fresh Off The Boat”. Teraz również lubię do niej wracać. Potem było tylko lepiej, bo stwierdziłam, że wokal Nelly jest niesamowity i pasuje do tych piosenek. Druga część płyty nieco mniej mi się, niestety, podoba. Piosenki zlewają mi się w jedno. Ciężko mi również przypomnieć sobie, jak leci takie “The Grass Is Green” czy “Picture Perfect”. Może to nawet i lepiej bo nie za bardzo mi się podobały. Jednak nic nie przebiło “Saturday”. Czas trwania utworu idealnie dopasował się do dnia tygodnia, o którym mowa (‘sobota’). Nie uważacie, że każda sobota jest krótsza od takiego np. poniedziałku? Piosenka Nelly trwa nieco ponad 2 minuty. I całe szczęście. Dobija mnie ten głos, który podśpiewuje gdzieś z tyłu. Na szczęście dwie ostatnie piosenki sprawiają, że zapomina się o tych kilku kiepskich. Głównie za sprawą “Island of Wonder”, które kojarzy mi się z muzyką indyjską. “Childhood Dream” też da się słuchać. Chociaż trochę pod koniec nudzi. Uważam jednak, że to najlepsza płyta, którą dostaliśmy od Nelly.