#1059 PJ Harvey “Uh Huh Her” (2004)

Płytą “Stories from the City, Stories from the Sea” brytyjska wokalistka PJ Harvey wkroczyła na nowe terytorium. Nie tylko dosłownie (na dłuższy czas opuściła Anglię na rzecz Nowego Jorku), ale i metaforycznie. Jej piąty studyjny krążek przyniósł bardziej przystępne alternatywno-rockowe granie, kilka chwytliwych refrenów i trzy kolaboracje z Thomem Yorkiem (“Beautiful Feeling” to wciąż czyste złoto). Ironia – unikająca mainstreamu piosenkarka była jednym z najgorętszych nazwisk 2000 roku. I miała tego dość.

Czytaj dalej #1059 PJ Harvey “Uh Huh Her” (2004)

#679 Ray LaMontagne “Trouble” (2004)

Amerykański wokalista Ray LaMontagne nie jest materiałem na światową gwiazdę. Stroni od skandali, niezwykle rzadko udziela wywiadów, mieszka gdzieś na końcu świata na farmie z tą samą żoną i dziećmi. Nawet początek jego muzycznej drogi nie jest historią, w której główną rolę odgrywa łowca talentów czy rodzice, którzy za wszelką cenę chcą ze swojego syna zrobić maszynkę do zarabiania pieniędzy. Ot, pewnego ranka LaMontagne usłyszał utwór “Treetop Flyer” Stephena Stillsa. Rzucił pracę i zabrał się za tworzenie własnej muzyki. Wydał właśnie nową płytę, ale ja wrócę do czasów jego debiutu…

Czytaj dalej #679 Ray LaMontagne “Trouble” (2004)

#368, 369 Within Temptation “The Silent Force” (2004) & “The Heart of Everything” (2007)

Po gotyckim, mrocznym “Enter” i magicznym, cudownym “Mother Earth” Within Temptation zaserwowali fanom kolejny album. “The Silent Force” nagrywany był ponoć w kilku miejscach na świecie, przy udziale chóru oraz orkiestry symfonicznej. Zespół miał do dyspozycji ogromne środki finansowe. Czego się w końcu nie robi, by nagrać album, który zostałby w sercach słuchaczy na lata. Coś jednak nie wyszło, bo zamiast czarować i zachwycać, mnie trzeci krążek holenderskiego bandu zawiódł. Nic tego nie zapowiadało.

Czytaj dalej #368, 369 Within Temptation “The Silent Force” (2004) & “The Heart of Everything” (2007)

#309 Green Day “American Idiot” (2004)

Prosiliście, prosiliście i wyprosiliście. Uległam. Oto długo wyczekiwana recenzja “American Idiot” Green Day. Moja recenzja, zaznaczam. Możecie się z nią nie zgodzić, możecie myśleć zupełnie inaczej. Ok., macie do tego prawo. Ja też. Dlatego proszę o uszanowanie mojego zdania. Czemu to piszę? Bo z moich obserwacji wynika, że więcej fanatyków (czy też wyznawców) niż Green Day ma tylko One Direction… .

Czytaj dalej #309 Green Day “American Idiot” (2004)

#188 Joss Stone “Mind, Body & Soul” (2004)

Dla mnie, osobiście, płyta “Mind, Body & Soul” to mój prawdziwy debiut – powiedziała po nagraniu drugiej płyty Joss Stone. Nie da się ukryć. Wydany zaledwie rok wcześniej album ‘The Soul Session” był zbiorem coverów. Nikt nie przypuszczał, że ta niepozorna 16-latka, obdarzona silnym, ‘czarnym’ głosem sprzeda 5 milionów płyt na całym świecie. Płytą “Mind, Body & Soul” udowodniła, że jej gwiazda nie zgaśnie po jednym dobrze przyjętym singlu. Wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej rozbłyśnie. Ten krążek podoba mi się bardziej, niż poprzedni. Jest różnorodniejszy. Raz mamy soulowe ballady (“Right to Be Wrong”, “Killing Time”), innym razem taneczne numery, które jednak są zrobione ze smakiem (“You Had Me”, “Young at Heart”). Sporo tu również r&b. Szczerze mówiąc Joss bardziej zaciekawiła mnie w szybkich numerach niż w balladach. Uwielbiam “You Had Me”. Jest to piosenka z bardzo wyrazistą melodią. Od pierwszych chwil porywa nas do tańca. Jeszcze bardziej lubię “Less Is More”. Jedyna piosenka na krążku, w której odznaczają się rytmy reggae. Joss brzmi w niej super. Podoba mi się tekst. Tytuł piosenki jest trochę na przekór. “Less Is More” to “mniej znaczy więcej”. A w tej piosence dużo jest wszystkiego. Na pewno nie można zaliczyć jej do banalnie prostych. Wracając jednak do mojego dylematy: Stone balladowo czy tanecznie. Od każdej reguły są wyjątki. Na tyle długo chodzę do szkoły, że mogę to potwierdzić. Z szybszych nie podoba mi się “Torn & Tattered”. Jest taka nudna, bez ‘życia’. Jedynie pod koniec trochę się ożywia. To jednak za mało by zyskać moją sympatię. Z ballad nie przekonuje mnie “Right to Be Wrong”. Trwa 4 minuty i 40 sekund. Zniosę ze dwie. Uwielbiam jednak spokojne “Sleep Like a Child” i niesamowite “Security”. zawarte na samym końcu płyty “Sleep Like a Child” wcale nie jest kołysanką. Ja przy nim nie zasnęłam. Wręcz przeciwnie. Słuchałam jak zahipnotyzowana. Podoba mi się również tekst. szczególnie refren: So fall into sleep Peaceful and deep (…) When you can’t hold out much longer Don’t you cry When the darkness is getting stronger Sleep like a child Peaceful and deep And when you lay you down I pray your soul to keep (PL: Zaśnij spokojnie i głęboko (…) Gdy nie będziesz mógł już dłużej wytrzymać. Nie płacz, Gdy ściemni się jeszcze bardziej. śpij jak dziecko spokojnie i głęboko I gdy się położysz będę się modlić o Twą duszę). w “Security” uwielbiam ten chórek, który towarzyszy Joss. Boski. Do pozostałych spokojnych piosenek należy m.in. “Understand” (nijakie) i “Killing Time”, które jest soulowo-rockową balladą. Szczególnie w refrenie się rozkręca. Ale i tak za sprawą Joss. Muzyka pozostaje taka sama. Jej głos tak naprawdę tworzy świetny klimat. No i ponownie wróciłam do tego tematu. Uwielbiam jej wokal. Mocny, silny, charakterystyczny. Kiedy trzeba delikatny i kobiecy. Innym razem emocjonalny i namiętny. A to wszystko w ciele zaledwie 17-letniej dziewczyny. Płyta “Mind, Body & Soul” podoba mi się bardziej niż debiut. Głównie ze względu na to, że jest większa różnorodność.

#180 Destiny’s Child “Destiny Fulfilled” (2004)

Pożegnalna płyta powinna być albo rewelacyjna albo kiepska. Ma sprawić, że zespół pożegna się z wielbicielami najlepiej jak umiał lub wręcz przeciwnie – pokazać, że jest w słabej formie i zawiesić działalność by fani nie jęczeli. Dziewczyny z Destiny’s Child wybrały niestety opcję po środku. Styl grupy się nie zmienił. Nadal przeważa r&b i pop. Dzięki gościom takim jak T.I. czy Lil Wayne (oboje śpiewają w singlowym przeboju “Soldier”) dostajemy niedużą dawkę hip hopu.

Czytaj dalej #180 Destiny’s Child “Destiny Fulfilled” (2004)

#126 Nightwish “Once” (2004)

Jakiś czas temu ktoś zwrócił mi uwagę, że warto zrecenzować coś od Nightwish. Jestem wielką fanką Evanescence więc powinnam niby i ich posłuchać. Gdyby jeszcze byłoby między tymi zespołami jakieś podobieństwo. Amy Lee i Tarję Turunen łączy jedynie kolor włosów. To dwa zupełnie różne zespoły. Evanescence to bardziej rock (nieco też gothic rock). Nightwish z kolei symfoniczny metal. Obie wokalistki różnią się również wokalem. Tarja sprawdziłaby się w operze! Nie żartuję. Ma niesamowicie głęboki, dojrzały głos. Szeroki wachlarz możliwości. Od razu przyznam się, aby nie było nieporozumień. To moja pierwsza przesłuchana płyta Nightwish. Nie jestem jeszcze zorientowana, jak grali kiedyś. W końcu “Once” to ich piąta płyta. Wiele piosenek powstało w towarzystwie Londyńskiej Orkiestry Symfonicznej (to ta odpowiedzialna za muzykę do “Harry’ego Pottera”). Początek bardzo mnie zaskoczył. Piosenka “Dark Chest of Wonders” zaczyna się szeptem Tarji. Myślałam, że będzie spokojnie. Nic z tego. Za chwilę otrzymujemy dawkę energicznego grania. Muszę przyznać, że jest to całkiem niezły numer. W “Wish I Had an Angel” następuje zderzenie delikatnego głosu wokalistki z ciężkim wokalem jednego z członków zespołu. Małym przegięciem są dwie piosenki: “Creek Mary’s Blood” (motywy indiańskie!) i “Ghost Love Score”. Dlaczego? Pierwsza z nich trwa ponad 8 minut, a druga 10. Na szczęście Nightwish nie popełnili głupiego błędu – przez cały czas trwania piosenki nie jest powtarzana ta sama melodia itp. Na początku myślałam, że to kilka różnych piosenek. A tu taka niespodzianka. Zespół wygrywa na tym, że w połowie utworu potrafią zmienić brzmienie. Dodać jakieś instrumenty bądź też złagodzić brzmienie. Ja dopiero zaczynam zabawę z takimi melodiami, ale wydaje mi si,ę, że zostanę w tym na dłużej. Płyta “Once” całkiem mi się podobała. Momentami miałam jednak wrażenie, że słucham w kółko tego samego.