#6 Madonna “Hard Candy” (2008)

Co wyjdzie z połączenia Madonny i najlepszych producentów takich jak Timbaland, Justin Timberlake i The Neptunes? Płyta, o której szybko się nie zapomina. Każda piosenka jest inna. Jedyne, co można Madonnie zarzucić, to fakt, że podąża za muzycznymi trendami, zamiast – jak kiedyś – sama je wyznaczać. Na szczęście nie podąża ślepo. “Hard candy” trafnie otwiera piosenka “Candy shop” pełniąca funkcję zaproszenia do wejścia do “muzycznego sklepiku Madonny”. Nie da się temu ‘cukierkowi’ oprzeć! Madonna świetnie połączyła pop i dance z hip hopem i r&b. Wyszła niezwykle taneczna i świeża płyta. Przebojowe “Give it to me”, ocierające się o balladę, elektryczne “Heartbeat”, czysto popowe “She’s not me” albo mix hip hopu z r&b “Incredible”. Jedyny minus dałabym piosence “Spanish lesson”, bo brzmi trochę jak odgrzewane “La isla bonita”. Zainteresowała mnie szczególnie piosenka “Voices”, w której chórek śpiewa “who is the master” (kto jest mistrzem). Pytanie retoryczne? Z pewnością, ponieważ albumem “Hard Candy” Madonna udowodniła, że mimo wielu lat na karku nadal potrafi tworzyć genialną muzykę. Pozostanie więc na swoim tronie. I chyba jeszcze długo na nim posiedzi…

 

#5 Taylor Swift “Fearless” (2008)


Dzień po wręczeniu nagród Grammy weszłam do Internetu zobaczyć, do kogo powędrowały statuetki. Triumfowała Beyonce a tuż za nią Taylor Swift. Dostała aż cztery nagrody. W tym za album roku – płytę, którą teraz recenzuję. Nikt chyba nie jest w stanie zliczyć, ile Taylor dostała za nią wszystkich nagród. Po jej przesłuchaniu zapytałam sama siebie – o co tyle szumu? Taylor idealnie wpasowała się w klimat Disney’a (mimo, iż dla nich nie pracuje). Spotkałam się z wieloma komentarzami, że panna Swift gra rocka. Daleko jej do tego. Wykonuje pop i country. Sama napisała wszystkie teksty na płytę i miała udział w tworzeniu muzyki. Jej gitarę słychać w każdym utworze. Sprawia to, że piosenki brzmią bardzo podobnie. Do tego dorzucamy, że wszystkie są o tym samym i wychodzi nam…nuuuda. Gdyby jeszcze Taylor miała ciekawy głos. Niestety, pod tym względem też nic rewelacyjnego. Jednak Swift zrobiła coś dobrego – udowodniła, że muzyka country też może być popularna i znośna. Jest mi bardzo trudno wyróżnić w jakiś sposób którąś z piosenek, bo niewiele się różnią. Jednak jak mam wybierać, to polecam “Love Story” i “Change”. Podsumowując: Taylor nagrała niby poprawną, ale nudną płytę. Można jej posłuchać raz i drugi, ale w sporych odstępach czasu

#3 Duffy “Rockferry” (2008)

W 2008 roku po 3 letniej pracy ukazała się debiutancka płyta Duffy “Rockferry”. Wielokrotnie artystka przedstawiana była (i jest) jako nowa Amy Winehouse. W małym stopniu coś w tym jest: obie mają oryginalne głosy i nazywane są najzdolniejszymi angielskimi piosenkarkami. Na tym koniec podobieństw. Nie są podobne w kwestii wyglądu ani muzycznie.Amy wybiera r’n’b pomieszane z jazzem a Duffy spokojną muzykę niczym z lat 60. I właśnie taki jest album “Rockferry”. Piosenką otwierającą płytę jest tytułowe “Rockferry”. Pierwsze wrażenie? Cudowna piosenka. Spokojna a zarazem przebojowa. Z numerem 2. mamy “Warwick Avenue”. Nie mogę w to uwierzyć, ale podoba mi się bardziej od “Rockferry”. Szczególnie do gustu przypadły mi obie zwrotki. Piosenka nagrana jest w melodramatycznym popowym stylu z elementami soulu. Dalej mamy pogodny utwór “Serious”. Szczególnie pod koniec brzmi świetnie. Takie połączenie popu z soulem. Z numerem 4. jest “Stepping Stone”. Pierwsza ballada na płycie. Naprawdę boska piosenka w stylu soul & blues. “In plus” jest to, że “Stepping Stone” znalazło się za trzema dość przebojowymi piosenkami. Niezły kontrast. Z numerem 5. mamy “Syrup & Honey”. W 100% soulowy numer. Na początku może się nie podobać, ale zyskuje przy bliższym poznaniu. Kolejną piosenką jest “Hanging on too long”. Spokojny a zarazem pogodny utwór. Nagrany jest w stylu pop z elementami lounge. Dalej mamy singlowe “Mercy”. Jest to porywający do tańca, uzależniający numer. Świetny mix soulu i swingu. Zaraz po kilku ostatnich taktach ‘Mercy” zaczyna się “Distant Dreamer”. Długa (trwająca 5 minut) ballada. Niby dobrze zaśpiewana, ale trochę nużąca. Przedostatnim utworem jest “I’m Scared”. Podobaja mi się przede wszystkim zwrotki. Cudowne. Na zakończenie pogodna piosenka: “Delayed Devotion”. Troszkę momentami podobne do “Mercy, ale nie jest to za bardzo słyszalne.

W dzisiejszych czasach Duffy dużo ryzykowała nagrywając niekomercyjną płytę. Zamiast piosenek nadających się na dyskotekę wydała mieszankę popu i soulu. I odniosła sukces. “Rockferry” rozeszło się w ponad 8,000,000 egzemplarzy i było jedną z najlepiej sprzedających się płyt w 2008 roku. Sukces jest proporcjonalny do jakości utworów. Na płycie nie ma słabych momentów. Piosenki, które polecam najbardziej to m.in. “Warwick Avenue”, “Rockferry” i “Syrup & Honey”. Reszta jest równie genialna. Bez dwóch zdań – Duffy nagrała jedną z najlepszych płyt XXI wieku!