#92, 93, 94, 95 Jessie J “Who You Are” (2011) & P!nk “Funhouse” (2008) & Kate Ryan “Free” (2008) & Ciara “Goodies” (2004)

Kiedy właściwie poznałam Jessie J? Na początku roku, kiedy po dłuższej przerwie włączyłam radio Eska. Sporo gadali o niejakiej Jessie J. Cóż, nie znałam. Przyzwyczaiłam się zresztą do tego, że ponad połowa debiutujących artystów odchodzi niepamięć po jednym singlu. Sądzę jednak, że o tej artystce szybko nie zapomnimy. Oba single (“Price Tag”, “Do It Like a Dude”) zachęciły mnie do kupna debiutanckiego krążka Brytyjki. Na uwagę zasługuje sam fakt, że Jessie J prezentuje nam utwory z gatunku pop (“I Need This”), r&b (“Abracadabra”, “Nobody’s Perfect”) a czasami pojawiają się hip hopowe wstawki (“Price Tag”, “Who’s Laughing Now”). Wszechobecne electro u niej pojawia się w śladowych ilościach. Jedyny kłopot mam z osobą samej Jessie J. Odnoszę w niektórych utworach wrażenie, że za bardzo zapatrzyła się na inne wokalistki. Spokojna piosenka “Casualty of Love” przypomina mi dokonania Alicii Keys. Nie tyle za czasów “Songs in a Minor” co z wydanej w 2007 płyty “As I Am”. W “L.O.V.E.” zapachniało mi Keri Hilson. Na początku miałam nawet wątpliwości, kto to śpiewa – Jessie czy może sama Keri? Na szczęście w połowie się rozkręca. Piosenkę “Do It Like a Dude” mogłaby wykonać i Rihanna. Czytałam gdzieś, że zresztą Jessie chciała oddać jej ten utwór. Na szczęście zostawiła dla siebie a Rihanna niech sobie śpiewa “na na na come on…”. Największą zagadką jest dla mnie ballada “Big White Room”. Zastanawiam się, czy to możliwe, by była to wersja ‘live’. Jeśli tak – pogratulować. Jessie ma dobry głos, fajnie wypada na żywo. Z drugiej jednak strony dodać brawa i głosy publiczności do piosenki nie stanowi problemu. Jednak wierzę Jessie. Moim zdecydowanym faworytem jest utwór “Mama Knows Best”. Najbardziej oryginalny numer na tym krążku. Słychać w tle orkiestrę, Jessie J flirtuje nieco z kabaretowym stylem a czasem nawet przychodzą mi na myśl skojarzenia z burleską. Nie potrafię za to przekonać się do “Nobody’s Perfect”. Ogólnie jednak, Jessie zrobiła na mnie ogromnie pozytywne wrażenie. Będę trzymać za nią kciuki. Jak dla mnie – najlepszy debiut 2011.

“Funhouse” to piąta płyta P!nk wydana pod koniec 2008 roku. Dotychczas znałam jedynie single, które, szczerze mówiąc, mnie nie powaliły. Warto jednak dać artystce szanse, bo należy ona do tych inteligentniejszych gwiazd show biznesu. Ironiczny wydaje się być już sam tytuł. W chwili, gdy wydawała ten album, była po rozwodzie z mężem. Podobno bardzo to przeżyła, a my teraz otrzymujemy od niej zapewnienie, że wszystko jest takie wesołe, zabawne, no ‘funhouse’ po prostu. Nie nadążam za P!nk. Słuchając tego albumu mam wrażenie, że za piosenki odpowiedzialne są dwie osoby. Z jednej strony mamy wokalistkę, która nieźle wymiata w takich numerach jak “So What”, gdzie prawie krzyczy So so what? I’m still a rock star I got my rock moves And i don’t need you And guess what I’m having more fun (PL: I co z tego? Ciągle jestem gwiazdą rocka Mam swoje rockowe ruchy I nie potrzebuję cię I wiesz co? Bawię się lepiej) a za chwilę w “Please Don’t Leave Me” śpiewa I forgot to say outloud, How beautiful you really are to me, I cant be without, You’re my perfect little punching bag, And i need you, I’m sorry(PL: Zapomniałam, że mam mówić cicho Jak bardzo piękny jesteś dla mnie Nie mogę istnieć bez Ciebie, mojego idealnego Potrzebuję cię! Przepraszam). O wiele prostszy wydaje się podział płyty na kawałki szybsze i ballady. Ze spokojnych utworów bardzo lubię “I Don’t Believe You” (wzruszający numer) oraz “Crystal Ball” (akustyczna perełka). Gorzej ma się sprawa z szybszymi, pop punkowymi utworami. “Bad Influence” nigdy mi się nie podobało, “So What” zdążyło mi się znudzić ze sto razy. Podoba mi się jednak “One Foot Wrong”, bo się wyróżnia, oraz “Ave Mary A”. Lubię również, jak już wspomniałam przy okazji recenzji “Greatest Hits…So Far!!!” utwór tytułowy czyli “Funhouse”. Jest to bardzo radosny, energiczny numer. P!nk udało się nagrać dobry album. Jednak oprócz kilku utworów niewiele mnie na nim zachwyciło. Mimo wszystko warto posłuchać, bo P!nk jest autentyczna, nikogo nie udaje.

Jak już wspomniałam przy okazji recenzji płyty “Different” byłam fanką Kate Ryan. Mimo, iż teraz wolę słuchać innych artystek, mam w swoim domowym zbiorze płyt album “Free” z 2008 roku. Jaki jest ten krążek? Na pewno ‘wolny’. Po komercyjnej klapie “Alive” Kate powróciła do nagrywania tanecznych utworów. I robi to jeszcze lepiej niż kiedyś. Kate zawsze lubiła nagrywać covery. Na “Free” umieściła trzy nie swoje kompozycje. Na pewno mieliście okazję słyszeć piosenkę “Voyage Voyage”. Oryginalna wersja należy do Desireless (1986). Jak pierwszej wersji nie lubię, tak ta od Kate bardzo mi się podoba. Drugim coverem jest “Ella Elle L’a” (1987). Nie znam oficjalnej wersji, ale to od Kate polubiłam od pierwszego usłyszenia. Trzecim i ostatnim coverem jest “I Surrender”. Piosenka żeńskiej grupy Clea (2006) nie zrobiła na mnie pozytywnego wrażenia. Na pewno Kate ma lepsze numery. W gąszczu tanecznych utworów wyróżnia się ostatnia propozycja na płycie – tytułowe “Free”. Nie spodziewałam się takiego numeru od Kate. “Free” jest świetną, nieco soulową piosenką. Zupełnie inną od tego, co nagrywała Kate do tej pory. Uwielbiam również “Put My Finger on it” oraz duet z Sorayą pt. “Tonight We Ride / No Digas Que No”. Podoba mi się połączenie w tej ostatniej piosence języka angielskiego z hiszpańskim. Głosy Kate i Sorayi ładnie się dopełniają. Muszę jednak przyznać, że wolę wokal Ryan. Jak już wiele razy podkreślałam, nie jestem wielką fanką tanecznej muzyki. Jednak ta na “Free” to wyjątek. Znam pozostałe płyty Kate i szczerze mogę powiedzieć, że ta jest najlepsza.

Mam już za sobą ostatni krążek Ciary (“Basic Instinct”) oraz ten przedostatni (“Fantasy Ride”). Dopiero teraz sięgam po debiut. Żałuję, że wcześniej nie wpadłam na ten krążek, bo jest naprawdę dobry. Jako debiutująca dopiero artystka, Ciara miała trudne zadanie. Jest mnóstwo wokalistek r&b. Warto przytoczyć chociażby dziewczyny z Destiny’s Child czy nieżyjącą już Aaliyah. Na szczęście Ciara się wybroniła. Płyta “Goodies” składa się z piosenek utrzymanych właśnie w stylu r&b, czasem pojawia się hip hop. Ale przede wszystkim Ciara jest ‘księżniczką’ crunku. Jest to gatunek wywodzący się z rapu. Utwory z tego gatunku charakteryzują się mocnym brzmieniem, w tle słychać różne odgłosy a same teksty mają zazwyczaj luźną kompozycję. Przykładem takiego numeru może być chociażby “Oh” wykonywane razem z Ludacrisem. Oprócz niego, do współpracy Ciara zaprosiła i inne sławy. W tytułowym “Goodies” pojawia się Petey Pablo, który nadaje piosence fajny klimat. W szybkim i tanecznym “1,2 Step” zgodziła się zarapować Missy Elliott. Obok szybkich utworów takich jak “Hotline” czy “Ooh Baby” Ciara zaserwowała nam ballady z pogranicza r&b i soulu (“And I”, “Thug Style”). Ja osobiście wolę ją w tanecznych numerach. Ballady są przede wszystkim za długie. A najgorszą z nich jest “And I”, która, co mnie ogromnie zdziwiło, była singlem. Piosenka trwa niemalże 4 minuty, ale słuchając jej mam wrażenie, że kończy się po 6 minutach. Trudno wyodrębnić w niej refren. Nieco lepsze jest “Next To You”, o którym i tak zapomina się zaraz po ostatnich taktach. Jak na debiut, Ciara wykonała dobrą robotę. Zaimponowała mi tym, że brała udział w tworzeniu tekstów na płytę. Mam niestety wrażenie, że piosenki mają podobne brzmienie.

#83, 84, 85, 86 Britney Spears “Femme Fatale” (2011) & Kat DeLuna “Inside Out” (2011) & Destiny’s Child “Destiny’s Child” (1998) & Mariah Carey “Music Box” (1993)

 

Britney jest prawdziwą “Femme Fatale”. Kto zliczy jej wszystkie potknięcia? Jej poprzedni album “Circus”, mimo, że początkowo oceniłam go na 2 ‘nutki’ (polubiłam go później), bardziej mi się podobał. Cóż, Britney nie zaskakuje. Bez słuchania “Femme Fatale” mogłabym wypisać gatunki. Płyta od poprzedniej różni się tylko tym, że jest bardziej taneczna i elektroniczna. Podobnie jak wydany w 2007 “Blackout”, który jest moim ulubionym krążkiem Britney. Jednak to co wtedy było nowatorskie, ciekawe, tak tu…nie robi na mnie wrażenia. Większość płyt nagrywana jest teraz w takim stylu. Sęk w tym jak to nagrać, przerobić, by było to coś więcej niż tylko elektroniczne brzmienie. Początkowo dawałam za ten album Britney ocenę 1+. Konkurencja jest spora. GaGa, Rihanna itp. Jednak Rihannę już Britney pokonała. “Femme fatale” jest dużo lepsze niż “Loud”. bardzo podobają mi się 3 utwory, które się tu znalazły. Mogę nawet powiedzieć, że są to jedne z najlepszych od Britney. Chodzi mi tu o “Inside Out”, które jest w miarę spokojnych, elektrycznym utworem; “Gasoline” oraz “Criminal”, w którym możemy wychwycić melodię nawiązującą do czasów i instrumentów pogańskich. Nie trawię natomiast “Hold It Against Me”, koszmarnego “Till The World Ends”, napisanego przez Ke$hę (ale co Ke$hy pasuje nie koniecznie musi być zaraz dla Britney), “Big Fat Bass” nagranego z will.i.am’em (równie dobrze piosenka mogłaby znaleźć się na płycie Black Eyed Peas) oraz “Trouble For Me”. Britney nie chętnie nagrywa duety z innymi artystami. Jednak na “Femme Fatale” oprócz wspomnianej współpracy z will.i.am znajdziemy duet z nieznaną (nie ma nawet do niej odnościna na Wikipedii, to straszne) raperką Sabi pt. “(Drop Dead) Beautiful”. Można doszukać się w tym utworze podobieństwa do “Desnudate” (2010) Christiny Aguilery. Natomiast jeden fragment “Trip To Your Heart” brzmi niemal identycznie jak kawałek refrenu “She Wolf” (2009) Shakiry. Nie jest to na pewno jej najlepszy krążek. czy najgorszy? Zdecydujcie sami.


To naprawdę ta sama dziewczyna, której debiutancki krążek “9 Lives” bardzo mi się spodobał? Niestety, ta sama. Kat DeLuna zauroczyła mnie swoją muzyką łączącą w sobie elementy r&b, hip hopu, dancehallu i rytmów latynoskich. Ma mocny głos. Jednak teraz wcale go nie wykorzystuje. Płyta “Inside Out” składa się z dance-popowych kompozycji z elektrycznymi ‘wstawkami’. Mimo, iż nagrywa to, co teraz najmodniejsze (co nie znaczy – najlepsze), nie wróżę jej dużej popularności. Nie wątpię w talent Kat, ale są lepsze gwiazdki electro i dance-pop. Jej piosenki nie wpadają w ucho a na dodatek ma się wrażenie, że ciągle leci to samo. O ile “9 Lives” pełne było współpracy z innymi artystami tak “Inside Out” w duety jest ubogie. Mamy tu tylko kiepskie “Push Push” z Akonem, gdzie wręcz nie cierpię momentu, gdy wymawiają swoje imiona. Sorry, ale wiem, kto to śpiewa, nie trzeba mnie uświadamiać. Oprócz tego mamy tu i piosenkę wydaną już w 2009 (ft. Lil Wayne) – świetne “Unstoppable”. Jest to jedyna piosenka na tym albumie, która się wyróżnia. Najmocniejszy punkt. Piosenkę poznałam dwa lata temu i do dzisiaj lubię ją tak samo mocno. Oprócz nich mamy tu kiepskie “Oh Yeah (la la la)” z Elephant Man (i pomyśleć, że wspomógł ją na debiucie w świetnym “Whine Up”!) oraz “Party o’clock” z Onassis. Zastanawiałam się, czy nie dać tej drugiej do najlepszych. Utwór momentami przypomina nam, że piosenkarka ma mocny głos, ale całość mnie nie rusza. Podoba mi się jedynie początek, gdzie Kat śpiewa Time to wake up the world (PL: To czas dla świata, by się obudzić). Lubie też momenty, w których wokalistka ‘śpiewa’ da di da di da di da di da di da di da di(tłumaczenie? chyba nie potrzebne). Na płycie znajdziemy też jedną balladę. Piosenka “Be There” ma jednak swój taneczny odpowiednik. Obie wersje są moim zdaniem beznadziejne. Naprawdę nie mogę uwierzyć, że Kat nagrała takie coś. Produkt, który ani nie przysporzy jej rozgłosu na miarę ostatnich singli Rihanny czy Lady GaGi ani nowych fanów jej talentu.


“Destiny’s Child” to pierwszy krążek girlsbandu z odległej Ameryki. Na czele zespołu stoi Beyonce, ale pozostałe dziewczyny są nie mniej ważne. Na płycie znajdziemy utwory z pogranicza popu i r&b. Wybór gatunków był świetny. Wszystkie sprawdzają się w takiej muzyce naprawdę dobrze. Momentami można usłyszeć i hip hop. Głównie za sprawą zaproszonych gości. W “No, No, No Part 2” oraz “Illusion” pojawia się Wyclef Jean (tak, to ten od “Hips Don’t Lie” Shakiry); w “With Me Part 1” usłyszymy rapera Jermaine’go Dupri a w drugiej części tej samej piosenki (“With Me Part 2”) Master’a P. Swoją drogą nie podoba mi się tworzenie dwóch części jednego numeru. “Destiny’s Child” jest w gruncie rzeczy spokojną płytą. Oprócz oczywiście takich numerów jak “Bridge” czy “Show Me The Way”. Kiedy pierwszy raz przesłuchiwałam ten krążek byłam bardzo rozczarowana, bo po Destiny’s Child oczekiwałam czegoś lepszego (poznałam je za sprawą “Survivor”, więcej o tym w nowym “MadHouse!”). Płyta mnie znudziła. Później spojrzałam na piosenki nieco inaczej. Zobaczyłam, że wolne utwory, mające w sobie coś z muzyki soul, mają dużo uroku. Podoba mi się m.in. “Second Nature”, ale gdyby piosenka była nieco krótsza (trwa 5:10!) dodałabym na początku słowo ‘bardzo’. Lubiłabym “Killing Time”, gdyby wycięli z niego wokal Beyonce. Nie mówię, że Knowles nie umie śpiewać. Umie. Ale w tym numerze te jej ‘przyśpiewki’ trochę mi przeszkadzają. Pozytywne wrażenie zrobił na mnie utwór “Birthday”. Spodziewałam się głupiej pioseneczki w stylu tych, które zazwyczaj śpiewa się na urodzinowych imprezach przy torcie przez mniej lub bardziej wstawionych imprezowiczów, a tu taka miła niespodzianka. Fajny, kołyszący, spokojny numer. Lubie też wspomniane wcześniej “Illusion”. Nie podchodzi mi natomiast “My Time Has Come”, “You’re The Only One” oraz “Show Me The Way”. Jednak i tak najgorsze zostało na koniec. Co robi tu ta zmodyfikowana wersja “Illusion” – “DubiLLusions”? Ta piosenka najbardziej odstaje od stylu Destiny’s Child. Ma w sobie coś z techno.

 

“Music Box” to trzeci z kolei album utalentowanej wokalistki Mariah Carey. Płyta została wydana w 1993 roku. Z naszej perspektywy – dawno temu. Mi w ręce wpadł dopiero niedawno. Mariah serwuje nam muzykę nieco soulową, nieco z elementami r&b. Dla osób lubiący skoczne, lekkie piosenki, album może być ciężkostrawny. Ja jednak uwielbiam takie dźwięki. Mariah ma cudowny głos. Taki delikatny. Słyszałam, że 5-oktawowy. I umie z tego korzystać. szczególnie w balladach, które wychodzą jej po prostu genialnie. Moje ulubione na tym albumie? Przede wszystkim “Without You”, piękna piosenka przepełniona emocjami. “Hero” podobało mi się od zawsze. Świetna robota. Trzecią i ostatnią balladą na tym krążku, która zdobyła moje serce jest tytułowe “Music Box”. Bardzo delikatne, piękne po prostu. Cóż mogę więcej napisać – dajcie mi to pudełko! Podoba mi się to, że Mariah miała duży wpływ na tworzenie krążka. sama lub z małą pomocą napisała teksty. To sprawia, że płyta jest taka prawdziwa, nie ma tu miejsca na fałsz. Bałam się trochę, że album będzie nudny. Mimo, iż większą część zajmują ballady, Mariah zręcznie wplotła tu i ówdzie szybszy, można nawet powiedzieć – dyskotekowy numer. Przy “Dreamlover”, “Now That I Know” czy “I’ve Been Thinking About You” można potańczyć. Mi jednak z nich najbardziej spodobała się ostatnia propozycja czyli “I’ve Been Thinking About You”. “Now That I Know” zaliczyłabym do najgorszych. Nie podoba mi się też “Anytime You Need a Friend”. Mariah spisała się dobrze, ale odpycha mnie ten chórek. Jakby tu podsumować? Płyta jest na wysokim poziomie, ale nie wiele z niej pamiętam. Poza tym muszę się poskarżyć, że Mariah zasmuciła mnie – dziś takich ballad się już niestety nie nagrywa.

#76 Avril Lavigne “Goodbye Lullaby” (2011)

Nigdy nie należałam do grona fanów Avril Lavigne. A nawet jeśli na chwilę wstąpiłam, to “Goodbye Lullaby” sprowadził mnie natychmiast na ziemię. Na pierwszy rzut oka widać, że Avril zdecydowanie odcięła się od młodzieżowej, pop punkowej stylistyki, którą zjednała sobie ludzi. Okładka płyty jest cudowna. Od razu widzimy, że porzuciła imprezową muzykę prezentowaną 4 lata temu na “The Best Damn Thing”. Czyżby się wyszumiała? Stylistyka krążka jest delikatna, balladowa. Piosenki w dużej mierze opowiadają o miłości, bo wszyscy pamiętamy jej rozwód z mężem. Nic nie mam przeciwko balladom. Te w wykonaniu Mariah Carey, Duffy czy Christiny Aguilery chwytają za serce. I właśnie temu, że na “Goodbye Lullaby” dominują spokojne utwory, przypisuję słabe wrażenie, jakie Avril na mnie zrobiła. Tylko “Everybodys Hurts” zaliczyłabym do tych znośnych, łagodnych numerów. “I Love You”, “Not Enough” czy “4 Real” są moim zdaniem okropne. Nie przebijają jednak “Goodbye”. Spodziewałam się czegoś fajnego po tym utworze, ale się zawiodłam. Bardzo nie podoba mi się głos Avril w niektórych momentach tej piosenki. Nawet nie chce mi się wspominać, że na początku o mały włos a wzięłabym “Goodbye” za kontynuację “Black Star”. A jak już jesteśmy przy tej piosence, która otwiera album – lepiej wypadłaby, gdyby umieścić instrumentalną wersję, bez wokalu Avril. Sama melodia jest cudowna. Mogłabym dać szanse akustycznej piosence “Darlin”, ale refren zatarł dobre wrażenie. Na całym “Goodbye Lullaby” pozytywne wrażenie oprócz wspomnianego wcześniej “Everybody hurts” robi na mnie “Smile” i “Alice”. Ten pierwszy jest obok “What The Hell” najbardziej żywym utworem. Przypomina mi czasu “The Best Damn Thing”. Natomiast “Alice” podobała mi się od zawsze. Niezwykle tajemniczy numer. Szansę można byłoby dać każdej piosence zawartej na tym krążku. Razi mnie jednak to, że w większości są to piosenki bez wyrazu. Zero emocji. Nie znam perfect angielskiego i podczas słuchania nie zawsze rozumiałam o czym Lavigne śpiewa. Nie wiedziałam, czy spokojna piosenka ma sprawić, że się uśmiechnę, czy wprowadzić mnie od refleksyjnego nastroju aż po łzy. Denerwowało mnie też to, że po przesłuchaniu jednej piosenki nie pamiętałam poprzedniej. Cóż, mogło być lepiej. 4 lata to sporo, by zgromadzić ciekawy materiał.