#66, 67, 68 Keri Hilson “No Boys Allowed” (2010) & Alicia Keys “As I Am” (2007) & Kylie Minogue “Fever” (2001)

Od przesłuchania debiutanckiej płyty “In a Perfect World…” uważam, że Keri Hilson jest jedną z najzdolniejszych wokalistek z pogranicza r&b i popu.Widziałabym ją w jednym rzędzie z Beyonce czy nawet Rihanną. Niestety ciągle pląta się gdzieś z tyłu. A ma świetne warunki: niezłe teksty, fajne melodie,dobry głos i topowych producentów. Więc w czym problem? Przy recenzji pierwszej płyty pisałam, że do pełni szczęścia brakowało mi Keri z charakterem jej osobowości. Na “No Boys Allowed” nie jest z tym lepiej. Czy pomoże zmiana image’u na bardziej seksowny? Zaczęłam od krytyki samej Keri, więc przejdę lepiej do albumu. Tytuł wzbudził spore kontrowersje. Zakaz dla chłopców? Hilson już się z tego wytłumaczyła: Wiele moich muzycznych dialogów pochodzi z kobiecego punktu widzenia. Mówię o tym, na co my kobiety zasługujemy będąc w związku. Zasługujemy, aby traktować nas jak kobiety którymi jesteśmy.Zasługujemy na mężczyzn i w pewnym momencie musimy przestać bawić się z chłopcami (…). Jednak wokalistka nie miała nic przeciwko duetom z innymi muzykami. Z J.Cole wykonuje bardzo fajny numer “Buyou”. Z Rickiem Rossem ‘wymiata’ w “The Way You Love Me”- nieco agresywnym, prowokującym. Nie zabrakło również powszechnie znanych hiphopowych artystów: Kanye West (Pretty Girl Rock), Nelly (Lose Control / Let MeDown) a nawet Chris Brown (One Night Stand). Wiele utworów bardzo łatwo wchodzi do głowy i nie chce niej wyjść. Kilku mimo wielokrotnym słuchaniom nie pamiętam. Na tle innych ciekawie wypada “Toy Soldier” z rewelacyjnym oryginalnym początkiem -nieco instrumentalnym. Podoba mi się też spokojna piosenka “All The Boys”. Teksty na płycie opowiadają nie tylko o miłości, ale również o silnych kobietach, które są świadome swojej wartości i nie dadzą sobie wejść na głowę.

Ktoś kiedyś mówił, że “As I Am” to najgorsza płyta w dorobku Alicii Keys. Musiałam sprawdzić to osobiście. Nie zgadzam się z tymi opiniami. Nie jest to album na miarę świetnego “Songs in a minor” ale z powodzeniem może konkurować drugim albumem Alicii “The diary of Alicia Keys”. Nie jest to komercyjny album, chociaż singlowy”No One” (w którym Aliciia operuje głosem jak mało kiedy) był dość często puszczany w radiu. U Keys zawsze podobało mi się to, że potrafi połączyć ‘oldskulowe’ brzmienie z nowoczesnymi melodiami. Krąży pomiędzy dobrym r&b,soulem, hip hopowymi bitami. Fortepian występuje obok gitary basowej, saksofon obok syntezatora. A do tego wszystkiego niezwykle świetny głos artystki. Czasem mocny (“Go Ahead”, “No One”), czasem delikatny (“Prelude To a Kiss”, “Like You’ll Never See Me Again”). Ale zawsze pełen emocji oraz uczuć. Alicia pięknie śpiewa o miłości w takich utworach jak “Like You Never See Me Again” czy w jednym z moich faworytów na tej płycie “The Thing About Love”. W tej drugiej śpiewanie tylko Love, love will come find you (PL: Miłość, miłość przyjdzie do Ciebie, odnajdzie Cię.) ale i Love, it will forsake you (PL: Miłość,opuści Cię). Alicia nagrała również hmmm, hymn? Na cześć silnych kobiet. Chodzi tu o otwór “Superwoman” w którym śpiewam .in. Even when I’m a messI still put on a vest With an S on my chest Oh yes I’m a Superwoman (PL:Nawet jeśli mam problem Wkładam koszulkę Z literą S na piersi Oh, tak Jestem Superkobietą). Warto dodać, że tekst do tej piosenki współtworzyła Linda Perry,autorka głośnego “Beautiuful”.

Oceniłam już “Aphrodite” oraz “X”. Miałam sobie zrobić przerwę od Kylie Minogue, ale w ręce wpadł mi jej album “Fever”. Jaka jest Kylie każdy wie. Daleko jej muzyce do rockowych brzmień lub jazzowych melodii. Wypracowała jednak swój własny styl. Zaledwie rok po wydaniu popularnego “Light Years” otrzymaliśmy od niej “Fever”. Kuć żelazo puki gorące 😉 Singiel “Can’t Get You Out of My Head”, który do najlepszych utworów na ty krążku nie należy, swego czasu cieszył się ogromną popularnością. Fragment piosenki zanucić umie każdy: La, la, la, la, la, la, la. Na płycie znajdziemy inspiracje muzyką z lat 80. XX wieku. Melodie disco mogą wydawać się obciachowe, ale Kylie zrobiła z nich swój znak rozpoznawczy. Umiejętnie łączy je jednak z muzyką klubową (“Fragile”, “Burning Up”, “Dancefloor”). Krótko mówiąc płyta jest bardzo elektroniczna, taneczna. Momentami słychać inspiracje muzyką house (“Love Affair”). Zazwyczaj takie albumy jak ten zlewają mi się w jedno a nawet szybko o nich zapominam. W tym przypadku jednak pamiętam większość utworów. Warto wspomnieć o głosie Kylie. Jest bardzo dziewczęcy, momentami słodki. Nie traktuje tego jako minus. Wręcz przeciwnie. To tu pasuje jak nigdzie indziej. “Fever” nie jest ambitnym albumem. Jednak w kategorii “muzyka imprezowa” z czystym sumieniem umieszczę go wysoko.

#47, 48, 49 Ciara “Basic Instinct” (2010) & Alicia Keys “The Diary Of…” (2003) & Ewa Farna “EWAkuacja” (2010)

Zaledwie w wakacje 2009 wydała świetną płytę “Fantasy Ride” a już otrzymujemy kolejny krążek. Niestety, gorszy od poprzedniego. Może to ta presja. Pierwszy się nie sprzedał to trzeba natychmiast szykować kolejny. Na “Basic Instinct” nadal króluje r&b i hip hop. Często pojawia się i electropop. Może rajd po piosenkach? Zaczyna się nieźle. Utwór tytułowy wita nas mocnym uderzeniem. Potem przechodzi do łagodniejszych dźwięków, ale mimo wszystko piosenkę zaliczyłabym do najlepszych. Dalej jest singiel – “Ride”. Jak dla mnie zbyt nijakie, nużące. Na płycie sporo spokojnych utworów. Całkiem niezłe “I Run It”, stylizowane na balladę “Speechless” (nieco wkurzające w refrenie) oraz “You Can Get It”. Najbardziej jednak podoba mi się “Gimmie Dat”. Mocny, taneczny utwór. Jednak cały album jest trochę nudny, za mało się dzieje. Jednak nadal Ciara pozostaje w czołówce moich ulubionych wokalistek.

 

Sam tytuł drugiej płyty Alicii Keys jest niezwykle ciekawy i intrygujący. Nigdy nie mieliście ochoty zajrzeć do czyjegoś pamiętnika? W swoim muzycznym pamiętniku artystka podzieliła się z nami najskrytszymi myślami. Zaczyna się naprawdę tajemniczo i nieco mrocznie – intro “Harlem’s Nocturne” godnie otwiera ten album i zachęca mnie do dalszego odkrywania duszy Alicii. Tym bardziej, że nawet miłosne piosenki w jej wykonaniu nie wychodzą kiczowato i ckliwie. Poprzedni, debiutancki album – “Songs in a Minor” – mnie zachwycił. Poprzeczkę Keys postawiła sobie niezwykle wysoko. Artystka ponownie postawiła na melodyjne soulowe kompozycje zagrane głównie przez samą Alicię na fortepianie. Album jest dojrzalszy niż poprzedni. Bardzo nastrojowy, klimatyczny. Nie ma tu różnych udziwnień. na przodzie jest głos Alicii. Artystka sprawdza się wspaniale zarówno w balladach (“Diary”, “You Don’t Know My Name”) jak i szybszych numerach (“If I Was Your Woman/Walk On By”, “Karma”).

Nigdy nie byłam wielką fanką twórczości Ewy. Znałam single. Jednak kiedy usłyszałam nowy utwór – “Ewakuacja” zatkało mnie. Dawno już nie słyszałam tak dobrej polskiej piosenki. Cholernie mi się podoba. Jest odpowiednio mocna, ma całkiem dobry tekst. Ewa świetnie wypadła w tym numerze. Dotychczas kojarzyłam ją głównie z singli, które szczerze mówiąc, nie zrobiły na mnie ogromnego wrażenia. Pomyślałam jednak, że warto przesłuchać pozostałe utwory na “EWAkuacji”. Trochę się jednak zawiodłam. Myślałam, że inne utwory są w podobnym klimacie co ten tytułowy. Jednak moja złość na Ewę szybko minęła. Cały album składa się z kilku dobrych piosenek. Wiele osób powinno przesłuchać “Maskę” i dokładnie przeanalizować jej tekst. Bardzo trafny. Spodobało mi się też zadziorne “Bez łez”. Nieco kiepskie wrażenie zrobiła na mnie spokojna piosenka “Król to ty”. Dedykowana jest Michael’owi Jacksonowi. Nie przypuszczałabym, że Ewa jest jego fanką. Bardziej dopasowywałabym do niej Dodę, Avril i GaGę. Oprócz wspomnianego wcześniej “Król to ty” znalazło się miejsce dla jeszcze jednej ballady pt. “Deszcz”. Zapomniałam wspomnieć o gatunkach. Przeważa tu pop-rock oraz pop z elementami electro. Słychać, że Ewa dojrzała. Będę trzymać za nią kciuki.

#25, 26, 27 Rihanna “Loud” (2010) & Alicia Keys “Songs in a Minor” (2001) & The Pretty Reckless “Light Me Up” (2010)

Rihanna powinna napisać książkę pt. “Jak się sprzedać w ciągu roku”. Z pewnością była by bestsellerem. Czym, mam nadzieję, nie będzie “Loud”. Ale są to niestety moje żmudne nadzieje, bo przepełniona popowymi, tanecznymi  ze śladowymi ilościami r&b piosenki z miejsca staną się hitami. Niestety, gdyby zależało to ode mnie, ten album nigdy nie zostałby wydany. Ale może po kolei. Równo rok temu Rihanna wydała długo oczekiwanego następcę “Good Girl Gone Bad” – “Rated R”. Bardzo dobrze odnalazła się w nieco ostrzejszym repertuarze. Jednak płyta sprzedała się “skandalicznie nisko”. 3 000 000 egzemplarzy. Już w lutym Rihanna rozpoczęła pracę nad “Loud”. Przefarbowała czuprynę na czerwono i jak sama mówi złagodniała. Piosenki na tej płycie wprawdzie wpadają w ucho, ale są…po prostu kiepskie. Łatwo nagrać chwytliwy numer. Trudniej, by był jednocześnie dobry. Odnoszę wrażenie, że Rihannie jakby przestało zależeć na tworzeniu dobrej muzyki, bo i tak jest gwiazdą i ma masę fanów, którzy będą ją wielbić nawet jak pójdzie w disco polo. Od razu daję minusa tytułowi płyty. Utwory nijak się mają do czegoś głośnego. Najostrzejszą piosenką jest strrraszne “S&M”. Albumowi bardziej pasował by “Bad Girl Gone Good”. Po przesłuchaniu pierwszego singla – “Only Girl (In The World)” – myślałam, że Rihanna osiągnęła totalne dno. Jednak na tle innych utworów ta piosenka brzmi nieźle. Całkiem podoba mi się też akustyczna ballada “California King Bed”. Jednak te dwie piosenki blakną przy “Skin” i ‘Man Down”. “Skin” jest niesamowicie zmysłowym numerem. Rihanna brzmi po prostu bosko. “Man Down” z początku nie zdobył mojego uznania. Teraz jest inaczej. Uważam, że to jedna z lepszych piosenek Riri. Podoba mi się muzyka, wokal piosenkarki no i tekst. Zabójczy. Dosłownie. To jednak wszystkie niezłe piosenki na “Loud”. Nie będę opisywać tych złych, bo za dużo tego będzie. W “Cheers (Drink To That)” denerwuje mnie ten doklejony z innej piosenki głos Avril Lavigne. Tragedia. A w “Love The Way You Lie (Part II)” refren brzmi, jakby Rihanna wykonywała go na żywo – czyli kiepsko. Za to z piosenki “What’s My Name” i “S&M” pozostały mi fragmenty tekstu brzmiące mniej więcej tak “Łonana” i “nananacomon”. Mam nadzieję, że następny album będzie lepszy.

Kiedy w 2001 po ok. dwóch latach pracy nad “Songs in A minor” debiutowała Alicia Keys, muzyka r&b była niemalże tym samym, czym teraz jest electro. Czyli popularna. Ach, piękne czasy. Jednak Alicia postanowiła połączyć w swojej muzyce r&b z soulem. Gdzieniegdzie wplotła elementy bluesa i jazzu. I wyszło jej naprawdę dobrze. Już na początku warto pochwalić Keys za wkład, jaki włożyła w przygotowanie albumu. Nie jest tylko dodatkiem do muzyki. Zajęła się m.in. samym komponowaniem, bo świetnie jej idzie gra na pianinie. Samo intro “Paiano & I” przyprawia o ciary. Alicia świetnie sprawdziła się jako wokalistka, która potrafi zaśpiewać i szybkie utwory (“Girlfriend”, “Jane Doe”) jak i ballady (“Why do I feel so sad”, “Goodbye”). Podoba mi się zestawienie piosenek na tej płycie. Raz szybsza, raz wolniejsza. Nie sposób się znudzić. Jednak końcówka albumu troszkę ‘siada’. Ballady “Why do I feel so sad” i “Caged Bird” mimo, iż są naprawdę świetnie zaśpiewane i zagrane, trochę nudzą. Ciekawy jest jednak dueat z Jimmy Cozierem w “Mr. Man”. Niesamowity numer. Podsumowując. Na całej płycie Alicii udało się stworzyć świetny klimat. Piosenki są melodyjne, nastrojowe. Głos Alicii momentami jest łagodny, to znów mocny. Szkoda, że teraz mało kto nagrywa taką muzykę.

Wow. Tylko tyle a może aż tyle udało mi się wykrztusić po przesłuchaniu tej płyty. Jak to jest, że w Polsce dostępne są albumy takich gwiazdek jak Jonas Brothers czy Inna, a po świetne “Light Me Up” – kierunek zachód? Charyzmatyczną wokalistkę – Taylor Momsen – można albo kochać, albo nienawidzić. Ale przejść obojętnie koło niej nie można. Świetnie odnalazła się w roli wokalistki zespołu grającego ostrą muzykę. Nawet dodam, że Taylor jest lepszą piosenkarką niż aktorką. Ma świetny, mocny głos. A piosenki zawarte na “Light Me Up” mają w sobie ogromną energię. Muszę pochwalić nie tylko głos Momsen, ale również jej ekipę z The Pretty Reckless -muzyka jest wręcz porywająca. Czegoś takiego szukałam. Jedyny minus płyta dostałaby za umieszczenie tylko 10 utworów. Po przesłuchaniu ma się ochotę na więcej i więcej. Na szczęście jest YouTube. Podoba mi się to, że obok piosenek dających niezłego ‘kopa’ znajdują się te spokojniejsze (“You”, “Light Me up”). Płytę otwiera “My Medicine”. Ciekawy pomysł z umieszczeniem odgłosów Taylor przygotowującej się do śpiewania (miarowe oddechy itp.). Cóż jeszcze mogę dodać? Ja jestem naprawdę oczarowana tym albumem. Mam nadzieję, że The Pretty Reckless nadal będą tworzyć taką muzykę.

#2 Alicia Keys “The Element of Freedom” (2009)

Najnowsza – czwarta – studyjna płyta Alicii Keys to “The Element of Freedom”. Jestem ciekawa, co wokalistka przygotowała po dwóch latach od wydania “As I Am”. Płytą otwiera intro a zaraz za nim jest “Love is blind”. Wow. Świetna piosenka! Zupełnie inna niż te na np. “The diary of Alicia Keys”. Słucham jej jeszcze raz. Chcę jak najdłużej zachować pozytywne wrażenie o płycie. Ok. Po trzech przesłuchaniach jestem gotowa na stawienie czoła pozostałym utworom. Kolejna piosenką na płycie jest “Doesn’t Mean Anything” co kojarzy mi się z jej poprzednimi singlami. Czyli jest dobrym numerem 😉 Następnie mamy “Try Sleeping With The Broken Heart”. Jest to ballada r’n’b połączona z dance’owymi bitami. Mimo, iż tytuł piosenki wskazuje na coś smutnego, w głosie Alicii słychać pewną radość. Kolejną piosenką jest “Wait Til You See My Smile”. Momentami robi pozytywne wrażenie – z taka barwą głosy Keys się jeszcze nie spotkałam, ale ogólnie piosenka jest taka sobie. Dalej jest “That’s How Strong My Love Is”. Kolejna ballada opowiadająca o miłości. Robi się to trochę nudne, a nie doszłam jeszcze do środka płyty. Włączam kolejną piosenkę – “Un-thinkable (I’m Ready)” – jakby trochę mnie posłuchali. Piosenka jest troszkę szybsza niż poprzednie dwie. W następnej piosence “Love Is My Disease”  słyszę inspiracje piosenką, którą kiedyś słyszałam w radiu. Niestety, tytułu nie pamiętam. Ale utwór Alicii brzmi bardzo dobrze. Kolejny numer to “Like the Sea”. Przypomina mi niektóre piosenki Ciary, a momentami jest podobny do poprzednich numerów na tej płycie. Od kiedy zobaczyłam “The Element of Freedom” najbardziej byłam ciekawa piosenki “Put It in a Love Song”, w której gościnnie pojawiła się Beyonce. Spodziewałam się czegoś fajnego. I nie zawiodłam się. Piosenka jest świetna! A teraz piosenka-przeciwieństwo featuringu z Knowles – “This Bed”. Song jest okropny! Nie wiem, czym się kierowała nagrywając ten numer. Dalej znajduje się “Distance and Time”, które szczerze mówiąc mi przeleciało. Nie zauważyłam tej piosenki. Jest trochę bezbarwna. Przedostatnim utworem na płycie jest “How It Feels to Fly”. Tak jak kilka poprzednich piosenek jest spokojnym numerem. Mimo to nie przypadł mi do gustu. Ostatnią – czternastą – piosenką jest “Empire State of Mind (Part II) Broken Down”. Na pewno słyszeliście pierwszą część tej piosenki – śpiewanej razem z Jay-em Z. Alicia postanowiła iść za ciosem i nagrała druga część – tym razem solo. I był to strzał w dziesiątkę! Jest to świetne połączenie trzech gatunków – popu, r’n’b i soulu.

Podsumowanie: Nowa płyta Alicii jest bardzo przyzwoita. Na pochwałę zasługuje fakt, że wokalistka jest autorką wszystkich piosenek na tej płycie. Znajdują się tu takie perełki jak “Love is blind” czy “Put it in love song”. Podoba mi się to, że mogliśmy przekonać się o spokojniejszej naturze Keys i poznać inną barwę jej głosu. Jednak na świetnej płycie (która dostała by 6*) piosenki powinny być nie tylko genialnie zaśpiewane, ale i na długo zostawać w naszej pamięci. Tutaj połowa mi wyleciała. Do tego sądzę, że niektóre z utworów powinny być trochę krótsze, bo szybko się nudzą. Poza tym wiele z nich jest do siebie podobna, co sprawia, że czasem ma się wrażenie, że leci ciągle ta sama piosenka.