#491 Madonna “Something to Remember” (1995)

Pierwsze lata ostatniej dekady XX wieku to słodko-gorzki czas dla jednej z najpopularniejszych wokalistek w historii muzyki – Madonny. W 1990 roku, kilkanaście miesięcy po premierze pamiętnego “Like a Prayer”, artystka wyruszyła w trasę koncertową Blond Ambition World Tour. W tym samym czasie do sklepów trafił nagrany przez nią soundtrack “I’m Breathless” do filmu “Dick Tracy”, na którym Madonna zmierzyła się z popowo-swingowymi kawałkami. Jakiś czas później zaprezentowała kompilację “The Immaculate Collection”, która stała się najlepiej sprzedającą się składanką solowego artysty (ok. trzydzieści milionów kopii na całym świecie!). Coś zaczęło się psuć po wydaniu albumu “Erotica”. Oceniane przeze mnie “Something to Remember” jest próbą reperowania wizerunku Madonny.

Po wydaniu kontrowersyjnej, ale niesamowicie pięknej, zmysłowej i kobiecej płyty “Erotica”, pełnej stonowanych, tanecznych kawałków, i równie udanego “Bedtime Stories”, na którym Madonna zaliczyła romans z r&b, popularność wokalistki znacząco spadła. Przyczynił się do tego brak oczywistych przebojów (wyjątek stanowi “Take a Bow”) a także niezbyt pochlebne słowa recenzentów o tych albumach. Zawinić mogła także tematyka płyty “Erotica” i seksowny, prowokujący wizerunek artystki. Dla niektórych to było już za dużo. Madonna jakiś czas później otrzymała rolę w obiecującym musicalu “Evita” i trzeba było za wszelką scenę ocieplić jej postać. Pokazać, że jest nie tylko skandalistką, ale przede wszystkim prawdziwą artystką.

Zdążył minąć rok od premiery “Bedtime Stories”, a na półki sklepowe trafiło “Something to Remember”, będące zbiorem kilkunastu ballad Madonny. Wykorzystano utwory z pięciu studyjnych płyt wokalistki oraz kawałki, które nagrane zostały na potrzeby różnych filmów. By podnieść atrakcyjność krążka, dodano trzy premierowe kompozycje. Otrzymujemy więc naprawdę ciekawe wydawnictwo, które pokazuje nam Madonnę z tej spokojniejszej, cichszej strony.

Zanim swoją uwagę skupię na utworach najnowszych i tych, które trafiły na soundtracki, przypomnę piosenki ze studyjnych albumów artystki. Z “Like a Virgin” otrzymujemy emocjonalne “Love Don’t Live Here Anymore”, którego brzmienie na “Something to Remember” zostało podkręcone, co sprawiło, że piosenka nabrała głębi, a wokal Madonny na tle m.in. smyczków brzmi jeszcze piękniej. Żadne zmiany nie były potrzebne wspaniałej piosence “Take a Bow”, w której swoje soulowe piętno odcisnął Babyface. Nie jest to jedyna kompozycja z “Bedtime Stories”. Znajdziemy tu również popowo-rhythm’and’bluesowe “Forbidden Love”.

Jestem fanką nagrania “Live to Tell” z albumu “True Blue. Jest to jedna z najdojrzalszych kompozycji na pierwszych albumach wokalistki. Podoba mi się w niej to, jak Madonna manipuluje swoim wokalem. Raz brzmi bardzo dziewczęco, raz zaś śpiewa niższym głosem. Niezbyt przekonuje mnie natomiast zbyt zwyczajne “Rain”. Ciągle nie potrafię odpowiedzieć sobie na pytanie, jak tak naprawdę odbieram “Oh Father”. Z jednej strony doceniam aranżację, z drugiej irytuje mnie głos Madonny, która trochę miota się między utworami z “Like a Virgin” a “Like a Prayer”.

Na składance znalazły się również mniej znane utwory artystki. Od lat spore wrażenie robią na mnie melancholijna, przepełniona tęsknotą za minionymi latami, ballada “This Used to Be My Playground” oraz eleganckie, jazzujące “Something to Remember” z soundtracku “I’m Breathless”. Wartymi uwagi piosenkami są również przebojowe, brzmiące optymistycznie “I’ll Remember” oraz utrzymane w duchu lat 90. “Crazy For You”.

“Something to Remember” wzbogacone zostało o trzy premierowe kompozycje. Zwraca uwagę efekt współpracy Madonny i zespołu Massive Attack – trip hopowa, nowoczesna wersja piosenki “I Want You” Marvina Gaye’a, która mogłaby znaleźć się i na albumie “Erotica”. Klasyczniej przedstawia się zaś pięknie zaśpiewane “You’ll See”, przywodzące mi na myśl musicalowe klimaty, oraz charakteryzujące się lekkim gitarowym graniem “One More Chance”.

Jak to zawsze ze składankami bywa, po ich przesłuchaniu pozostaje uczucie niedosytu. Zazwyczaj, nie zważając na ograniczone miejsce na płycie cd, chciałoby się jeszcze dodać jakieś piosenki. Mi brakuje chociażby uroczego “Shoo-Bee-Doo” z “Like a Virgin”, “Promise to Try” i “Pray For Spanish Eyes” z “Like a Prayer”. Nie mówiąc oczywiście o utworach z “Erotica” (“In This Life”) i “Bedtime Stories” (“Love Tried to Welcome Me”). Tak czy inaczej, jestem zadowolona z tracklisty “Something to Remember”. A wam polecam zagłębianie się w twórczość Madonny. Jej pierwsze studyjne płyty skrywają wiele perełek.

“Something to Remember” to dobra propozycja dla osób, które znudzone są zwykłymi kompilacjami, na których ciągle powtarzają się te same kompozycje. Składanka z 1995 roku, jak już pisałam, gromadzi w jednym miejscu kilkanaście spokojnych piosenek Madonny. Nie ma tu więc “Material Girl” czy “Express Yourself”. Zamiast tego przypomnieć sobie można m.in. “Oh Father” i “Take a Bow”, a także posłuchać mniej znanych utworów artystki, co dla mnie stanowi o sile tego krążka. Warto po tę kompilację sięgnąć też po to, by odkryć dojrzalsze, poważniejsze oblicze Madonny, jakże dalekie od jej prezentacji w takich kawałkach jak “Girl Gone Wild” czy “Celebration”. “Something to Remember” to zdecydowanie płyta warta zapamiętania.

14 odpowiedzi do “#491 Madonna “Something to Remember” (1995)”

  1. Podobnie jak poprzedniczka nie przepadam za Madonną, ale lubię o niej czytać, dlatego recenzja jak najbardziej na plus. Lubię właśnie takie kulisy wydawnictw albumów, dążeń na szczyt, upadków itd. Albumu nie znam i pewnie nigdy się z nim nie zapoznam. Ot, nie moja muzyka i już.

    Pozdrawiam, Namuzowani

  2. Znam póki co chyba dwie płyty Madonny i zamierzam się zabrać za resztę…
    I też uważam, że “Shoo-Bee-Doo” jest urocze 🙂 To mój ulubiony kawałek z “Like a Virgin” 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *