Can You Hear It – Kim Wilde “Catch as Catch Can” (1983) & “Teases & Dares” (1984)

Wydana w 1982 roku płyta “Select” zamiast ugruntować pozycję Kim Wilde w gronie największych nowych gwiazd brytyjskiego popu sprawiła, że jej następca nie był wyczekiwany z przesadnym entuzjazmem. Brakowało na niej hitu na miarę “Kids in America”, a samo brzmienie skręcało w stronę chłodniejszych, mniej radiowych aranżacji. Mimo to już po roku wokalistka gotową miała płytę numer trzy. A zanim się obejrzeliśmy, jej dyskografia powiększyła się o jeszcze jedno wydawnictwo.

Czytaj dalej Can You Hear It – Kim Wilde “Catch as Catch Can” (1983) & “Teases & Dares” (1984)

RECENZJA: Lykke Li “The Afterparty” (2026) (#1693)

Czasy, gdy Lykke Li elektryzowała tłumy i bez wysiłku nadawała ton alt popowi, wydają się należeć do innej epoki. “The Afterparty” Szwedka wydaje z pozycji artystki, na której nie ciąży już presja wielkich komercyjnych oczekiwań. Nowym krążkiem, jak sama zapowiadała, wchodzi w swoją egzystencjalną erę. Wokalistka nie ucieka od mroku, tylko siada z nim przy jednym stole i stara się go oswoić. Mówi także, że to może być jej ostatni krążek. Dla mnie brzmi to na prowokację wobec słuchacza. Bo przecież mamy w zwyczaju rzucać się na to, co zaraz zniknie. Jak w takim razie wypada ta jej pożegnalna muzyka?

Czytaj dalej RECENZJA: Lykke Li “The Afterparty” (2026) (#1693)

RECENZJA: Kacey Musgraves “Middle of Nowhere” (2026) (#1692)

Muzyka country nie gra mi w sercu zbyt głośno, ale jest wokalistka, której karierę od kilku lat obserwuję i po której nowości chętnie sięgam: Kacey Musgraves. Artystka wydaje nowe płyty z pewną regularnością, więc następcę naprawdę udanego krążka “Deeper Well” poznaliśmy stosunkowo szybko. Kontekst “Middle of Nowhere” wydaje się szczególnie ciekawy. Album powstał bowiem jako efekt zanurzenia się w samotności i powrotu do własnych korzeni w Teksasie. Pytanie brzmi, czy ta podróż w głąb siebie (metaforycznie i geograficznie) przełoży się na materiał, który znajdzie drogę także do kogoś spoza świata country.

Czytaj dalej RECENZJA: Kacey Musgraves “Middle of Nowhere” (2026) (#1692)

RECENZJA: Grace Jones “Nightclubbing” (1981) (#1691)

Na początku lat 80. Grace Jones wykonała zdecydowany ruch – zerwała bowiem z estetyką disco, która wcześniej definiowała jej wizerunek. Płyta “Warm Leatherette” zapoczątkowała odejście artystki od tanecznej stylistyki lat 70. przy jednoczesnym zanurkowaniu w chłodne wody new wave, elementów rocka czy reggae. To, co naszkicował ten album, kolorem wypełnił krążek “Nightclubbing”, który ukazał się po roku. Wypominanie mu wieku jest jednak nie na miejscu. Jones udało się stworzyć spójny materiał, który nie brzmi jak produkt swojej epoki. Ten chłód, dyscyplina i miejski charakter pozostają aktualne dekady później.

Czytaj dalej RECENZJA: Grace Jones “Nightclubbing” (1981) (#1691)

RECENZJA: Zara Larsson “Midnight Sun: Girls Trip” (2026) (#1690)

Szwedzka wokalistka Zara Larsson od kilku miesięcy przeżywa istny renesans popularności. Jest dziś na fali, przyciąga uwagę nie tylko muzyką, ale też wyrazistym, kolorowym wizerunkiem, który ostro kontrastuje z dość zachowawczym, beżowym popowym krajobrazem. Dobrą passę próbuje przedłużyć proponując reedycję krążka “Midnight Sun” – każdemu utworowi towarzyszy tu inna zaproszona artystka. Czy faktycznie “Midnight Sun: Girls Trip” brzmi jak wstęp do szalonej dziewczyńskiej podróży?

Czytaj dalej RECENZJA: Zara Larsson “Midnight Sun: Girls Trip” (2026) (#1690)

RECENZJA: Kehlani “Kehlani” (2026) (#1689)

Po wydanym w 2024 roku albumie “Crash” miałam nadzieję na coś więcej niż tylko kolejny solidny rozdział w karierze Kehlani. Tamten krążek zostawił mnie z poczuciem niedosytu. Tak, jakby artystka stała w progu czegoś naprawdę istotnego, ale jeszcze nie zrobiła tego decydującego kroku. Pisałam wtedy o potencjale na intrygujący ciąg dalszy i o tym, że choć Amerykanka odnajduje się w realiach współczesnego rynku, wciąż brakuje jej wyraźnego śladu w historii rhythm’and’bluesa, na miarę tego, jaki zostawiły po sobie chociażby Brandy, Aaliyah czy Destiny’s Child. Czy nowa, imienna płyta to zmieni?

Czytaj dalej RECENZJA: Kehlani “Kehlani” (2026) (#1689)

RECENZJA: Honey Dijon “The Nightlife” (2026) (#1688)

Honey Dijon, a właściwie Honey Redmond, od lat funkcjonuje w klubowym świecie jako DJ-ka i producentka, która kontrolowała parkiety na długo przed tym, jak zaczęła wydawać autorskie albumy. Bowiem dopiero w 2017 roku zdecydowała się na pełnoprawny debiut płytowy. “The Nightlife”, jej trzeci longplay, jest kolejnym projektem zbudowanym nie tylko na jej wizji klubowej euforii, ale i współpracy – sporo tu znanych nazwisk, które wtrąciły swoje trzy grosze i podziałały na mnie jak magnes. Trudno było przejść obok tego wydawnictwa obojętnie, zwłaszcza gdy uwagę przyciąga już sama okładka, obiecująca intensywność i szaleństwo godne sobotniej nocy.

Czytaj dalej RECENZJA: Honey Dijon “The Nightlife” (2026) (#1688)

RECENZJA: Jessie Ware “Superbloom” (2026) (#1687)

Jessie Ware wciąż jedzie na fali, na którą sama wskoczyła kilka lat temu. Gdy w 2020 roku wydała “What’s Your Pleasure?”, nie tyle zmieniła kierunek, co w końcu trafiła dokładnie tam, gdzie powinna – do świata pulsującego disco i klubowej zmysłowości. Od tego momentu zaczęła funkcjonować jak współczesna diva parkietu zakochana w brzmieniach przeszłości, którym oddaje hołd. “Superbloom” ukazuje się więc w momencie, gdy Ware nie musi już niczego udowadniać. Ona raczej rozwija swoje własne imperium. Sama zapowiadała, że fascynacja glamour, disco i teatralną przebieranką wciąż jest dla niej kluczowa, ale tym razem chciała zejść poziom głębiej.

Czytaj dalej RECENZJA: Jessie Ware “Superbloom” (2026) (#1687)

RECENZJA: Hemlocke Springs “The Apple Tree Under the Sea” (2026) (#1686)

Na Hemlocke Springs trafiłam w 2023 roku przy okazji jej epki “Going…Going…GONE!”. Już wtedy trudno było przejść obok tej muzyki obojętnie. Brzmiała jak kolorowy kolaż dźwięków. Trochę przypadkowych, trochę celowo porozrzucanych, tak jakby testowała granice popu i sprawdzała, ile jeszcze można z niego wcisnąć. Było w tym coś chaotycznego, ale jednocześnie intrygującego. Dlatego kiedy zapowiedziała pełnoprawny album, pojawiła się ciekawość – czy ten eklektyczny styl udźwignie dłuższą formę, czy rozpadnie się pod własnym ciężarem. Sięgając po “The Apple Tree Under the Sea” staram się znaleźć odpowiedź na to pytanie.

Czytaj dalej RECENZJA: Hemlocke Springs “The Apple Tree Under the Sea” (2026) (#1686)

RECENZJA: Arlo Parks “Ambiguous Desire” (2026) (#1685)

Po znakomicie przyjętym debiucie “Collapsed in Sunbeams”, który uczynił z Arlo Parks jedną z najbardziej wrażliwych autorek swojego pokolenia, przyszło “My Soft Machine” – krążek powstający już w cieniu zmęczenia i presji. Sama wokalistka przyznawała, iż w tamtym okresie była bliska utraty tej świeżości i emocjonalnej szczerości, które zadecydowały o jej wcześniejszym sukcesie. Tegoroczny projekt “Ambiguous Desire” jest próbą złapania chwil, które umknęły Arlo z racji rozpoczętej w młodym wieku kariery. Chciała poczuć, jak to jest być wciągniętą w wir nocnego życia. Poszukiwała spontaniczności i klubowej energii. Wypalenie odczuwalne na poprzedniej płycie chciała zamienić tym razem w euforię. Z jakim skutkiem?

Czytaj dalej RECENZJA: Arlo Parks “Ambiguous Desire” (2026) (#1685)