RECENZJA: Lizzo “Bitch” (2026) (#1702)

Jeszcze kilka lat temu Lizzo należała do grona najbardziej lubianych współczesnych wokalistek. Jej bezpośredniość i konsekwentne promowanie samoakceptacji zjednały jej miliony słuchaczy na całym świecie. Jednak seria kontrowersji i oskarżeń sprawiła, że pozytywny wizerunek artystki runął jak domek z kart. Z idolki stała się postacią problematyczną. W takich okolicznościach ukazuje się krążek “Bitch” – płyta, która może okazać się czymś więcej niż kolejnym rozdziałem w dyskografii Lizzo. To przede wszystkim próba odzyskania zaufania publiczności.

Czytaj dalej RECENZJA: Lizzo “Bitch” (2026) (#1702)

RECENZJA: Muna “Dancing on the Wall” (2026) (#1701)

Muna należy do tych zespołów, których historia wydaje się niemal podręcznikowa – trzy przyjaciółki poznają się na studiach, wspólnie szukają własnego artystycznego języka flirtując początkowo z bardziej eksperymentalnymi dźwiękami, by ostatecznie odnaleźć się w świecie elektronicznego, syntezatorowego popu. Bieżący rok przyniósł nam ich płytę numer cztery – “Dancing on the Wall”. Sięgam po nią zachęcona opiniami, iż nowa muzyka dziewczyn jest nie tylko mroczniejsza, co też bardziej zaangażowana niż wszystko, co formacja nagrała wcześniej.

Czytaj dalej RECENZJA: Muna “Dancing on the Wall” (2026) (#1701)

RECENZJA: Lily Forte “Don’t Gild the Lily” (2026) (#1700)

Album “Don’t Gild the Lily” amerykańskiej wokalistki Lily Forte już samym tytułem zdaje się zdradzać swoje główne przesłanie. Nawiązując do słów Williama Szekspira – to gild the lily – artystka przypomina, że nie wszystko wymaga upiększania. Czasem nadmiar ozdób czy emocji  potrafi jedynie zniszczyć to, co od początku było autentyczne i piękne. Ciekawa byłam, czy znajduje to swoje potwierdzenie w samych utworach młodej Amerykanki.

Czytaj dalej RECENZJA: Lily Forte “Don’t Gild the Lily” (2026) (#1700)

Lata 80. w perspektywie Kylie Minogue: “Kylie” (1988) & “Enjoy Yourself” (1989)

Pod koniec lat 80. Australijka Kylie Minogue nie planowała zostać pełnoetatową gwiazdą popu. Była przede wszystkim młodą aktorką rozwijającą karierę telewizyjną, a muzyka początkowo wydawała się jedynie dodatkiem do pracy przed kamerą. Debiutancki album, zatytułowany po prostu “Kylie” powstawał w nietypowych warunkach. Artystka często nagrywała piosenki zaraz po zakończeniu zdjęć na planie serialu. Mimo tego pośpiechu i braku wielkich ambicji płyta okazała się jednym z najważniejszych popowych debiutów końcówki dekady. 

Czytaj dalej Lata 80. w perspektywie Kylie Minogue: “Kylie” (1988) & “Enjoy Yourself” (1989)

Can You Hear It – Kim Wilde “Catch as Catch Can” (1983) & “Teases & Dares” (1984)

Wydana w 1982 roku płyta “Select” zamiast ugruntować pozycję Kim Wilde w gronie największych nowych gwiazd brytyjskiego popu sprawiła, że jej następca nie był wyczekiwany z przesadnym entuzjazmem. Brakowało na niej hitu na miarę “Kids in America”, a samo brzmienie skręcało w stronę chłodniejszych, mniej radiowych aranżacji. Mimo to już po roku wokalistka gotową miała płytę numer trzy. A zanim się obejrzeliśmy, jej dyskografia powiększyła się o jeszcze jedno wydawnictwo.

Czytaj dalej Can You Hear It – Kim Wilde “Catch as Catch Can” (1983) & “Teases & Dares” (1984)

RECENZJA: Zara Larsson “Midnight Sun: Girls Trip” (2026) (#1690)

Szwedzka wokalistka Zara Larsson od kilku miesięcy przeżywa istny renesans popularności. Jest dziś na fali, przyciąga uwagę nie tylko muzyką, ale też wyrazistym, kolorowym wizerunkiem, który ostro kontrastuje z dość zachowawczym, beżowym popowym krajobrazem. Dobrą passę próbuje przedłużyć proponując reedycję krążka “Midnight Sun” – każdemu utworowi towarzyszy tu inna zaproszona artystka. Czy faktycznie “Midnight Sun: Girls Trip” brzmi jak wstęp do szalonej dziewczyńskiej podróży?

Czytaj dalej RECENZJA: Zara Larsson “Midnight Sun: Girls Trip” (2026) (#1690)

RECENZJA: Jessie Ware “Superbloom” (2026) (#1687)

Jessie Ware wciąż jedzie na fali, na którą sama wskoczyła kilka lat temu. Gdy w 2020 roku wydała “What’s Your Pleasure?”, nie tyle zmieniła kierunek, co w końcu trafiła dokładnie tam, gdzie powinna – do świata pulsującego disco i klubowej zmysłowości. Od tego momentu zaczęła funkcjonować jak współczesna diva parkietu zakochana w brzmieniach przeszłości, którym oddaje hołd. “Superbloom” ukazuje się więc w momencie, gdy Ware nie musi już niczego udowadniać. Ona raczej rozwija swoje własne imperium. Sama zapowiadała, że fascynacja glamour, disco i teatralną przebieranką wciąż jest dla niej kluczowa, ale tym razem chciała zejść poziom głębiej.

Czytaj dalej RECENZJA: Jessie Ware “Superbloom” (2026) (#1687)

RECENZJA: Hemlocke Springs “The Apple Tree Under the Sea” (2026) (#1686)

Na Hemlocke Springs trafiłam w 2023 roku przy okazji jej epki “Going…Going…GONE!”. Już wtedy trudno było przejść obok tej muzyki obojętnie. Brzmiała jak kolorowy kolaż dźwięków. Trochę przypadkowych, trochę celowo porozrzucanych, tak jakby testowała granice popu i sprawdzała, ile jeszcze można z niego wcisnąć. Było w tym coś chaotycznego, ale jednocześnie intrygującego. Dlatego kiedy zapowiedziała pełnoprawny album, pojawiła się ciekawość – czy ten eklektyczny styl udźwignie dłuższą formę, czy rozpadnie się pod własnym ciężarem. Sięgając po “The Apple Tree Under the Sea” staram się znaleźć odpowiedź na to pytanie.

Czytaj dalej RECENZJA: Hemlocke Springs “The Apple Tree Under the Sea” (2026) (#1686)

RECENZJA: Loreen “Wildfire” (2026) (#1684)

Loreen nie należy do wokalistek, które zasypują słuchaczy nową muzyką. Przeciwnie. Jej dyskografia rośnie powoli, a między kolejnymi płytami pojawiają się długie okresy ciszy. Od czasu eksperymentalnego “Ride” z 2017 roku minęło niemal dziewięć lat. W tym czasie Loreen właściwie zniknęła z wydawniczego rytmu, by powrócić w spektakularny sposób – w 2023 roku ponownie wygrała Eurowizję, zapisując się w historii konkursu jako jedna z jego najbardziej uznanych triumfatorek. “Wildfire” pojawia się więc w szczególnym momencie. To nie tylko powrót po długiej przerwie, lecz także pierwszy krążek nagrany po ponownym zdobyciu europejskiej sceny. 

Czytaj dalej RECENZJA: Loreen “Wildfire” (2026) (#1684)

RECENZJA: Raye “This Music May Contain Hope” (2026) (#1682)

Kariera brytyjskiej wokalistki Raye po zerwaniu z dużą wytwórnią stała się historią o twórczej niezależności, a każdy kolejny krok zdaje się potwierdzać jedno – ona robi dokładnie to, na co ma ochotę, nie oglądając się na trendy. Dlatego premiera “This Music May Contain Hope” ma w sobie coś wyjątkowego. To jedna z tych rzadkich sytuacji, kiedy na nową płytę czeka się z ogromną ekscytacją, mimo że część materiału zdążyła już wybrzmieć wcześniej w zupełnie innym, koncertowym kontekście. Dla mnie to chyba pierwszy album w życiu, z którego tak wiele piosenek miałam okazję usłyszeć na żywo jeszcze przed premierą. I tak mi się spodobały, że jak głupia czekałam na ich studyjną wersję.

Czytaj dalej RECENZJA: Raye “This Music May Contain Hope” (2026) (#1682)