How about you, Diana Ross? | “Diana Ross” & “Everything Is Everything”

W latach 60. nie było mocnych na girlsband The Supremes. Założona przez Florence Ballard, Mary Wilson, Dianę Ross i Betty McGlown grupa trafiła pod skrzydła legendarnej wytwórni Motown i rozpoczęła swą dominację na listach przebojów. Formacja wylansowała takie przeboje jak “Where Did Our Love Go”, “Baby Love” czy “You Can’t Hurry Love”, lecz niektórym było mało. Diana Ross przekonana była, że poza zespołem może zdziałać więcej. Opuściła The Supremes i w samym tylko 1970 roku wydała dwie płyty.

Testem, czy artystka przekonać potrafi do siebie publiczność w solowym wydaniu, był krążek zatytułowany po prostu “Diana Ross”. Oczekiwania wytwórni były ogromne a efekt… dość mizerny. Płyta dotarła zaledwie do 19. miejsca na liście Billboard 200, lecz przyniosła wokalistce jej pierwszy wielki przebój – cover “Ain’t No Mountain High Enough“. Udowodnił on, że Diana Ross może funkcjonować bez The Supremes. 

Diana Ross (19.06.1970)

O ile większość zwartych na albumie piosenek oscylowała w granicach bezpiecznych trzech minut, singlowy hit “Ain’t No Mountain High Enough” rozciągnięty został do sześciu minut, które Ross zmieniła we wspaniały orkiestrowy soul, otrzymując efekt jakże inny od chwytliwego oryginału autorstwa Marvina Gaye’a. Sięgnęła też po inną kompozycję artysty. “You’re All I Need to Get By” jest w jej wersji utworem pełnym ciepłych harmonii, podczas gdy przeróbka “These Things Will Keep Me Loving You” zapomnianych The  Velvelettes jest przyjemnym soulem o popowym zabarwieniu. Przy piosence można się pokołysać, a innymi nagraniami, w których Diana wrzuca na podobny luz, są m.in. “Something On My Mind”, “Keep an Eye” czy musicalowe “Where There Was Darkness”. Bledną jednak te utwory przy “Dark Side Of the World” – pulsującym, utrzymanym w średnim tempie numerze o rozmarzonym, lekko melancholijnym klimacie. Świetnie wypadają i przygotowane ballady z gospelowym, wzniosłym “Reach Out and Touch (Somebody’s Hand)” (niesamowite, że mimo upływu lat to nadal brzmi całkiem współcześnie) i delikatnym, zaśpiewanym z wyczuciem “Can’t It Wait Until Tomorrow” wzbogacanym dodatkowo grą saksofonu.

Wytwórnia nie dała Dianie Ross zbyt długo odpoczywać po premierze jej płytowego debiutu i lada chwila podjęto kroki zmierzające do zarejestrowania kolejnego wydawnictwa. Zmieniono producencki team i wygładzono brzmienie, by było prostsze w odbiorze dla szarego Kowalskiego. W listopadzie Ross gotowa była na zaprezentowanie światu albumu “Everything Is Everything”.

Everything Is Everything (03.11.1970)

Diana postanowiła kontynuować tu pomysł na sięganie po cudze kompozycje, choć tym razem wychodzi poza katalog wytworni Motown. Na warsztat wzięła popowy, mięciutki hit Carpenters “(They Long to Be) Close to You” ujmując go, ku mojej uciesze, z podobnym spokojem. Zmierzyła się z legendą Arethy Franklin biorąc na siebie wykonanie “I Love You (Call Me)” i dopasowując je do swojej popowo-soulowej wrażliwości. Mi jednak w sercu bardziej gra surowszy oryginał. Zaskoczeniem są covery dwóch kawałków The Beatles – “Come Together” i “The Long and Winding Road”. Pierwsza z nich nabrała głębszego funkowego charakteru i pokazała Dianę w ostrzejszym wydaniu, zaś mdła ballada w jej kobiecych rękach została pięknie doszlifowana. Spokojne kompozycje stanowiły o sile jej debiutu, więc i tu oczekiwałam cudów. Znajduję jeszcze… tylko jedną. Singlowe “I’m Still Waiting” jest romantycznym, wiosennym utworem, któremu daleko jednak do tego, co artystka serwowała na poprzednim albumie. Chętniej jednak wyciąga nas na parkiety, proponując takie kawałki jak rhythm’and’bluesowe “Ain’t No Sad Song”, pozbawione powagi “Doobedood’ndoobe, Doobedood’ndoobe, Doobedood’ndoo” czy rytmiczne “My Place”.

Mówi się, by nie oceniać książki (płyty) po okładce, ale ja od lat nie mogę wyjść z zaskoczenia, jaką fotografią Diana i jej ekipa chcieli zachęcić do sięgnięcia po jej debiutanckie dzieło. Zdobiące je zdjęcie nijak nie oddaje zawartości albumu. Ta jest bowiem szlachetna, elegancka i często orkiestrowa. “Diana Ross” to wielkie wejście na scenę Ross-solistki. Może nie pod komercyjnym względem, ale artystycznym. To bardzo udany krążek pełen porywających aranżacji. Brzmi jak spójna wizja. Jak produkt z wyższej półki, który udowodnić miał słuchaczom, że solową Dianę też warto obserwować. “Everything Is Everything” jest zaś takie, jak jego okładka. To krążek pełen melodii blendujących soul, r&b i pop. To wydawnictwo pełne energii, eksperymentów i pierwszych prób poszerzania muzycznego języka Ross. Sporo tu wpadających w ucho nagrań, których lekkie aranżacje zastąpiły orkiestrowy, monumentalny charakter debiutu. Ja jestem większą fanką albumu “Diana Ross”, ale i barwne “Everything Is Everything” ma swój urok.

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *