RECENZJA: Steve Lacy “Oh Yeah?” (2026) (#1728)

Steve Lacy był jednym z cichych bohaterów 2022 roku. “Bad Habit” niespodziewanie stało się wielkim przebojem, a wydane w tym samym roku “Gemini Rights” pokazało, że za sukcesem singla stoi artysta, który jako wokalista i kompozytor potrafi swobodnie przemycać do alternatywnego r&b inspiracje funkiem, soulem, rockiem czy psychodelią. Na kolejną płytę czekaliśmy cztery lata. “Oh yeah?” jest równie krótka, ale jeszcze bardziej różnorodna. Lacy znów miesza gatunki, sprawdzając, jak daleko może posunąć się poza ramy własnego brzmienia.

Czytaj dalej RECENZJA: Steve Lacy “Oh Yeah?” (2026) (#1728)

RECENZJA: Jorja Smith “What Are The Odds” (2026) (#1726)

Jorję Smith polubiłam od pierwszego przesłuchania “Lost & Found”. Jej debiut z 2018 roku był dokładnie tym, czego potrzebowałam – smakowitym miksem r&b i neo soulu. Na “Falling or Flying” artystka zaczęła szukać dla siebie nowego miejsca. Chciała być bardziej współczesna, sięgała po elektroniczne bity i bardziej eksperymentalne rozwiązania, ale momentami sprawiała wrażenie, jakby wciąż stała w rozkroku między dawną Jorją a tą, którą dopiero próbowała się stać. Na swoim trzecim długogrającym projekcie “What Are the Odds” Smith przestaje się wahać. 

Czytaj dalej RECENZJA: Jorja Smith “What Are The Odds” (2026) (#1726)

RECENZJA: Ravyn Leane “Blue Island” (2026) (#1725)

“Blue Island” jest w pewnym sensie ciągiem dalszym drogi, jaką Ravyn Lenae rozpoczęła na “Bird’s Eye”. Artystka po raz kolejny próbuje wyrwać się z bezpiecznej szufladki wokalistki r&b i – jak sama mówi – chce tworzyć muzykę we własnym stylu. Nie ukrywam, “Bird’s Eye” nie było wydawnictwem, które zrobiło ze mnie fankę Lenae. Kiedy więc po raz pierwszy odpaliłam “Blue Island”, również wzruszyłam ramionami. Tym razem postanowiłam jednak nie skreślać jej tak szybko. Coś podpowiada mi bowiem, że Ravyn Lenae może być w przyszłości znacznie większą wokalistką, niż sugerują na to na razie liczby.

Czytaj dalej RECENZJA: Ravyn Leane “Blue Island” (2026) (#1725)

RECENZJA: Ayra Starr “Starrgirl” (2026) (#1724)

“Starrgirl” jest już trzecim albumem Ayry Starr – pochodzącej z Nigerii wokalistki, która dołączyła do grona wykonawców rozsławiających Afrykę. Artystka zdążyła już zaznaczyć swoją obecność na międzynarodowej scenie, nagrywając między innymi z Coldplay, Davidem Guettą czy Peggy Gou. Do sięgnięcia po jej nową płytę zachęcił mnie jednak nie tyle ten imponujący zestaw nazwisk, co sam tytuł. “Starrgirl” skojarzyła mi się jednoznacznie z najsłynniejszym Starmanem -Davidem Bowie. Na szczęście Ayra Starr nie próbuje jechać na jego legendzie. Zamiast tego konsekwentnie buduje własny świat. Pytanie, czy warto zostać w nim na dłużej.

Czytaj dalej RECENZJA: Ayra Starr “Starrgirl” (2026) (#1724)

RECENZJA: L’Rain “Fata Morgana” (2026) (#1723)

Taja Cheek, pochodząca z USA artystka, którą znamy pod pseudonimem L’Rain, od lat pozostaje jedną z tych undergroundowych postaci, których muzykę trudno jest jednoznacznie zdefiniować i zaszufladkować. Na koncie ma już cztery albumy, a najnowszy – “Fata Morgana” – ukazał się dopiero co. Jego nazwa odnosi się do zjawiska optycznego, w którym odległe obiekty pojawiają się w zmienionej, często dziwacznej formie – niczym miraż, który przez chwilę wydaje się czymś rzeczywistym, by za moment rozpłynąć się przed oczami. Jej płyta jest jednak jak najbardziej realna i już zrobiła u mnie spore zamieszanie.

Czytaj dalej RECENZJA: L’Rain “Fata Morgana” (2026) (#1723)

RECENZJA: Kelela “New Avatar” (2026) (#1722)

Każda nowa płyta Keleli jest niemałym wydarzeniem na scenie czarnych brzmień. Artystka ma rzadki talent do łączenia świeżości i muzycznej odwagi z dojrzałością oraz charakterystyczną łagodnością, która sprawia, że nawet najbardziej eksperymentalne pomysły brzmią u niej naturalnie. Trzy lata po bardzo udanym projekcie “Raven” Kelela wraca z “New Avatar” i tym razem wyraźnie poszerza swój dźwiękowy język o inspiracje sceną indie, shoegaze i alt rock. Te zapowiedzi od początku były intrygujące i pozostawało tylko sprawdzić, co właściwie wyniknie z tego miksu elektronicznego r&b i gitarowej odsłony wokalistki.

Czytaj dalej RECENZJA: Kelela “New Avatar” (2026) (#1722)

RECENZJA: Ariana Grande “Petal” (2026) (#1720)

Jeszcze na początku roku Ariana Grande przekonywała, że w najbliższym czasie nie planuje prac nad nowym muzycznym materiałem. Trudno było jej nie uwierzyć. Promocja filmu “Wicked” pochłaniała ją bez reszty, a na horyzoncie czekała jeszcze trasa koncertowa promująca wydany w 2024 roku “Eternal Sunshine”. Wszystko wskazywało na to, że muzyka na moment zejdzie u niej na dalszy plan. Tym większym zaskoczeniem okazał się “Petal” – krążek, którego niewielu się spodziewało, a który dla fanów wokalistki stać się może jedną z najmilszych niespodzianek tego roku. 

Czytaj dalej RECENZJA: Ariana Grande “Petal” (2026) (#1720)

RECENZJA: Tyla “A*POP” (2026) (#1719)

Sukces kawałka “Water” w ciągu kilku miesięcy całkowicie odmienił karierę Tyli. Pochodząca z Republiki Południowej Afryki wokalistka z dnia na dzień stała się jedną z najgorętszych gwiazd pop, a jej głos zaczął pojawiać się u boku takich artystek jak Zara Larsson, Teyana Taylor czy Lisa. Do tego doszedł udział w nagraniu jednej z oficjalnych piosenek mundialowych, co tylko potwierdziło, że przemysł muzyczny widzi w niej globalną gwiazdę. Paradoksalnie jednak po dość przeciętnym debiucie “Tyla” trudno było mieć wobec “A*POP” wygórowane oczekiwania. Tym większym zaskoczeniem okazuje się fakt, że nowy materiał zostawia po sobie całkiem pozytywne wrażenia.

Czytaj dalej RECENZJA: Tyla “A*POP” (2026) (#1719)

RECENZJA: Kelsey Lu “So Help Me God” (2026) (#1717)

Siedem lat. W realiach współczesnego rynku muzycznego to niemal wieczność. Od premiery udanego debiutu “Blood” w 2019 roku Kelsey Lu praktycznie zniknęła nam z oczu. Nie oznacza to jednak, że porzuciła muzykę. W międzyczasie tworzyła ścieżki dźwiękowe do filmów, współpracowała z innymi artystami i rozwijała się na instrumentalnym polu. Przez siedem lat na scenie pojawiło się wiele nowych nazwisk, które zdążyły przyciągnąć uwagę słuchaczy. Tak długa przerwa potrafi być bezlitosna. Powrót z drugim albumem staje się więc nie tylko kolejnym rozdziałem kariery, ale wręcz próbą ponownego przedstawienia się publiczności. Czy “So Help Me God” udowadnia, że na Kelsey Lu warto było czekać tak długo?

Czytaj dalej RECENZJA: Kelsey Lu “So Help Me God” (2026) (#1717)

RECENZJA: Diana Ross “Surrender” (1971) (#1709)

Kiedy płyta “Surrender” trafiła do sklepów zaledwie kilka miesięcy po “Everything Is Everything”, łatwo było odczytać ten ruch jako sygnał niecierpliwości i determinacji zarazem. Diana Ross, już formalnie poza The Supremes od przeszło roku, znalazła się w momencie, w którym oczekiwania jej samej rozmijały się z realnymi wynikami jej pierwszych solowych dzieł – albumy nie stały się natychmiastowymi bestsellerami, jak przewidywano, a legenda zespołu wciąż rzucała długi cień. Artystka, zamiast przeć do przodu, na “Surrender” zdecydowała się na powrót do współpracy z twórcami swojego debiutu. Jak tym razem im ta kolaboracja wyszła?

Czytaj dalej RECENZJA: Diana Ross “Surrender” (1971) (#1709)