
Styczniowy wieczór w łódzkiej Atlas Arenie niósł w sobie pewien ciężar – to właśnie tutaj Raye zainaugurowała swoją nową arenową trasę, wybierając Polskę jako pierwszy przystanek w rozkładzie jazdy. Dla artystki, która w ostatnich miesiącach wyrosła na jedną z najbardziej rozpoznawalnych i wpływowych kobiecych postaci światowej sceny, był to symboliczny start nowego rozdziału. Tytuł trasy (This Tour May Contain New Music) rozpalił apetyty melomanów, sugerując świeżą muzyczną odsłonę. W powietrzu unosiło się więc pytanie: czy i jak te zapowiadane nowości wybrzmią na żywo.
Raye przez dekadę cierpliwie krążyła wokół drzwi show biznesu. Pojawiała się gościnnie w tanecznych numerach różnych producentów budując swą rozpoznawalność, ale wciąż pozostając w cieniu. Dopiero odważny rebranding i zwrot w stronę orkiestrowego popu muśniętego jazzem sprawiły, że coś zaskoczyło naprawdę. Wraz z tą zmianą przyszła fala entuzjazmu słuchaczy, a sama artystka zdaje się wreszcie mówić własnym językiem – pewniej, pełniej i z wyraźnym poczuciem, że to właśnie tu jest jej miejsce. Nie sposób nie zachwycić się tym głosem. Raye dysponuje bowiem wokalem o szerokiej skali, imponującej elastyczności i emocjonalnej sile, co sprawia, że każdy utwór brzmi wyjątkowo. Ogromną próbkę jej umiejętności a także osobowości otrzymaliśmy w Łodzi. Ostatni raz z podobnym podziwem i szczęką w okolicach podłogi słuchałam Christiny Aguilery jakieś dwadzieścia lat temu. W Raye więcej jest jednak ciepła.
Długo Brytyjka nie kazała nam czekać na nowości. Rozpoczęła swój występ wychodząc przed czerwoną, ciężką kotarę i przy akompaniamencie smyczków wykonała wywołujący ciarki, niedługi numer “Girl Under the Gray Cloud”. Tak, z chmurką wiszącą jej nad głową. Kurtyna szybko jednak poszła w górę, a za nią skryła się potężna orkiestra, która towarzyszyła artystce przez resztę tego długiego wieczoru. Z zaprezentowanych przez nią nowości już wiem, że wyczekiwać będę premiery takich nagrań jak “Click Clack Symphony”, “Beware the South London Lover Boy” oraz “The Winter Woman”. Także i reszta premierowych nagrań wskazuje, że kompletując krążek “This Music May Contain Hope”, którego premierę w chwili koncertu zapowiedziała Raye, wokalistka nie zamierzała się ograniczać. Postawiła na bogate, teatralne aranżacje pełne dramaturgii, napięcia i big endings.
Niespodzianką na pewno było poświęcenie uwagi utworom (“Secrets”, “Decline”), które znane były tym, którzy po twórczość wokalistki sięgali na długo przed premierą “My 21st Century Blues”. Z samego debiutu Raye wyciągnęła albo najbardziej znane i imponujące kawałki (“Hard Out Here”, porywające “Oscar Winning Tears”, gorzkie “Escapism”, balladowe “Ice Cream Man”, do którego artystka sama akompaniowała sobie na pianinie), albo kompozycje, które dały mi się odkryć na nowo dopiero podczas koncertu (jazzująca wersja “Worth It”, nowoczesne r&b “Five Star Hotel”, “Flip a Switch”). Można dziś mówić, że kompletując swój pierwszy album Raye nie była zbyt zdecydowana co do kierunku, w jakim chce podążać, przez co dostaliśmy misz-masz. Ale i taki był jej występ – przeplatanka orkiestrowego popu, elementów r&b, jazzu, retro czy nawet klubowych klimatów (“Prada”, “Bed”, “You Don’t Know Me”) złożyły się na niesamowicie żywiołową, pełną emocji całość, która na długo zostanie w mojej pamięci.
Setlista
Intro: Girl Under the Gray Cloud.
I Will Overcome
WHERE IS MY HUSBAND!
The Thrill Is Gone.
Skin & Bone
Suzanne
Beware the South London Lover Boy
Flip a Switch.
Decline
Five Star Hotels.
The Winter Woman
Hard Out Here.
Genesis, pt. II
Fly Me to the Moon
Worth It.
Nightingale Lane
Ice Cream Man.
I Know You’re Hurting
Oscar Winning Tears.
Click Clack Symphony
Black Prada Brits
Secrets
BED
You Don’t Know Me
Black Mascara.
Prada
Donk
Joy
Escapism
