
Gdy Kanadyjczycy z Men I Trust debiutowali w 2014 roku, ich pierwsza płyta brzmiała raczej jak zbiór poszukiwań niż konkretny manifest. Był to szkic zespołu, który dopiero szukał własnego języka. “Headroom” to kolejny krok w tym procesie. Jest to również album, na którym grupa nadal chętnie sięga po gościnne głosy. Co szczególnie znaczące, jest to zarazem ostatni moment w historii Men I Trust, gdy Emmanuelle Proulx – dziś absolutnie kluczowa dla tożsamości zespołu postać – funkcjonowała jeszcze jako jedna z zaproszonych wokalistek, a nie jego centralny punkt ciężkości.
Wspomniana Emmanuelle daje się usłyszeć w dwóch kompozycjach – “Out in Myself” i “Curious Fish”. Pierwsza z nich jest oszczędnym, nieco momentami sennym indie popem o elektronicznych bitach nadającym całości wyrazu. O ile utwór ten uchodzić może za dość chłodny, tak “Curious Fish” przynosi więcej luzu i ciepłej atmosfery. Swoje dwa momenty ma także znana z poprzedniego krążka francusko-kanadyjska wokalistka Odile. W pulsującym, choć dość niewyraźnym “Morse Code” robi miejsce Geoffroy’owi, zaś w nieskomplikowanym “Quiet” nie dzieli się z nikim innym uwagą. Nie wiem co tu się jednak zadziało, ale jej występy są bardzo nudne i niezapadające w pamięć w porównaniu do tego, co dostaliśmy na “Men I Trust”. Podoba mi się za to spokój, który płynie z głosu Heleny Deland w dream popowym, opartym na miękkich klawiszach “Break for Lovers”. Jeszcze lepszą propozycją jest balansujące między nostalgią a lekką psychodelią “Again” z Ghostly Kisses”. Przy tych dość podobnych do siebie nagraniach intrygująco wygląda “Offertorio” z niejakim Nicolasem. Ambientowo-art popowy numer odznacza się niemal ceremonialnym charakterem. Gdy go słucham, czuję się jak w kościele na nietypowej mszy. Pozostałe trzy kompozycje to Man I Trust w instrumentalnym wydaniu. I, choć zwykle nie jestem fanką pozbawionych wokali utworów, te podbijają wartość krążka. Mamy tu chillwave’owe “Aquarelle”, intensywne, bawiące się dźwiękami organów “Sad Organ” czy kosmiczne “Space Is the Place”. Te trzy kawałki pokazują, że grupa nadal poszukiwała.
“Headroom” nie był jeszcze płytą, na której Men I Trust wiedzą dokładnie, dokąd zmierzają. Kanadyjski zespół wciąż testował różne głosy, nastroje i formy. Ten brak jednego, wyraźnie zarysowanego kierunku nie jest tu jednak czymś zbytnio wadliwym. “Headroom” działa przede wszystkim jako całość. Krążek ten słuchany w zapętleniu przypomina płynną, dźwiękową podróż, w której poszczególne utwory przenikają się. Wyjęte z kontekstu rzadko zapadają w pamięć, ale razem budują coś fajnego. Drugie dzieło Men I Trust jest dowodem na to, że format longplay’a wciąż ma sens.
Warto: Again & Space Is the Place