RECENZJA: Jenny on Holiday “Quicksand Heart” (2026) (#1668)

“Quicksand Heart” jest pierwszym solowym albumem Jenny on Holiday, czyli Jenny Hollingworth z kapel o jednej z najbardziej przyciągających uwagę nazw ostatnich lat – Let’s Eat Grandma. Przyznam szczerze, iż u mnie ta nazwa naprawdę zadziałała tylko na chwilę – w 2018 roku, kiedy krążek “I’m All Ears” na krótko wpadł mi w ucho i zaraz z niego wyleciał. Dziś Jenny wraca, ale już sama. A jej pseudonim brzmi jak mała podpowiedź, jak traktować ten projekt. To wakacje od zespołowej codzienności i od koleżanki z duetu. “Quicksand Heart” zapowiada się więc jak solowa podróż, której celem jest sprawdzenie, jak brzmi muzyka Hollingworth, gdy sama jest sobie sterem i okrętem.

Jenny on Holiday przygotowała album, którego początek zupełnie nie zachęca do jego dalszego odkrywania. Mamy tu mało ciekawe synth popowe nuty (pełne przygaszonych wokali “Good Intentions”; posiadające kilka hooków “Quicksand Heart”; “Every Ounce of Me” z gitarowym zakończeniem). Wspomniane przed momentem gitary powracają od razu w indie popowym, nostalgicznym “These Streets I Know” oraz utrzymanym w średnim tempie, surowszym “Pacemaker”. Pierwszy zachwyt nadchodzi wraz z akustyczną, marzycielską balladą “Dolphins”, w której śpiew o obserwacji delfinów jest metaforą czegoś głębszego. Drugim jest natomiast “Do You Still Believe in Me?” – kompozycja pełna połamanych bitów, gitar i shoegazowego klimatu. W takim wydaniu chciałabym słyszeć Jenny on Holiday częściej. W balladowe tony uderza i oszczędne “Groundskeeping”, podczas gdy “Push” jest powrotem serwowanego bez szybkich ruchów dynamicznego synth popu. Ciekawie prezentuje się samo zakończenie krążka, gdzie dumnie pierś wypina power pop na miarę lat 80. ukryty pod tytułem “Appetite”. Szczególnie warto zerknąć na samą końcówkę utworu, gdzie ekspresja w głosie Amerykanki przypomina o Kate Bush.

“Quicksand Heart” jest debiutem tylko z nazwy. Jenny Hollingworth od dawna porusza się po muzycznej scenie i słychać to w tym, jak sprawnie operuje formą, melodią i nastrojem. Jej solowy album opiera się na synth popowych rozwiązaniach, oferuje kilka chwytliwych momentów, a spokojniejsze utwory pozwalają złapać równowagę i sprawiają, że całość nie zlewa się w jedną błyszczącą masę. Jednocześnie “Quicksand Heart” nie jest dziełem, które zostaje w słuchaczu na dłużej. Patrząc na okładkę (tak, wciąż zdarza mi się kierować nimi sięgając po krążki artystów, którzy nie są mi znani), spodziewałam się odrobiny większej euforii i odważniejszego rozmachu. Dostałam płytę po prostu ok, do której jednak w najbliższej przyszłości nie planuję wracać.

Warto: DolphinsDo You Still Believe in Me?

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

2 komentarze do “RECENZJA: Jenny on Holiday “Quicksand Heart” (2026) (#1668)”

  1. Okładka również mi się podoba, ale trochę szkoda, że sam album jest przeciętny. Przesłuchałam kilka kawałków i tylko “Do You Still Believe in Me?” i “Appetite” mi się spodobały.
    Pozdrawiam. 😊

  2. No proszę. Jest artystka kolejna której nie znam. Ale chętnie poznam. Nie wypowiadam się zatem o niej dopóki nie posłucham jej muzyki. Już ją biorę na tapetę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *