
1994 rok przyniósł nam takie albumy, które uwielbiam, jak “Live Through This” Hole, “Let Love In” Nick Cave and the Bad Seeds czy “Grace” Jeff Buckley. Nic więc dziwnego, że gdy zobaczyłam nazwę zespołu Sunday (1994) – tak, rok faktycznie pojawia się w nawiasie – zaczęłam wyobrażać sobie, że odniesień do mojej ulubionej dekady może być w jej twórczości sporo. Kapelę tworzą wokalistka Paige Turner oraz gitarzysta Lee Newell, którzy dzielą swoje życie między Los Angeles a Wielką Brytanią. Imienną epką wydaną w 2024 roku próbowali wkupić się w łaski słuchaczy.
Debiutancki projekt Sunday (1994) rozpoczyna się od utrzymanego w średnim tempie nagrania “Tired Boy”. Ta dream popowa kompozycja pełna miękkich gitar o lekkim pogłosie bardzo mi się jednak dłuży. Bardziej do gustu przypadło mi następujące po niej “Stained Glass Window” – piosenka o większej dynamice i wyrazistszym instrumentarium nadającym całości indie rockowego sznytu. Jaśniejszym utworem na granicy dwóch światów (dream popu i indie popu) jest “Blonde”. Urzekły mnie jej atmosfera (to może być koncertowy pewniak – aż chce się przy niej momentami i klaskać i trzymać zapalniczkę w górze) oraz pełen intrygujących wersów tekst (I’ve got the luck of a suicide bomber). To jeden z mocniejszych punktów epki. Drugą perełką jest zaś surowsze “Our Troubles”. Takie rozbudzenie cięższymi gitarami było temu albumowi potrzebne. Ładnie wypada i zamykająca całość melancholijna, rozmarzona kompozycja “The Loneliness of the Long Flight Home”, której oszczędna aranżacja pozwala skupić się na wokalach i historii pewnego lotu – zespół tworzy tak kameralny klimat, że ma się wrażenie, jakbyśmy siedzieli w sąsiadujących rzędach.
Epka “Sunday (1994)” amerykańsko-brytyjskiej formacji tworzy materiał konsekwentny i wyraźnie zarysowany stylistycznie. Zespół od początku porusza się w estetyce, którą już teraz można uznać za jego własną trzymając się jej bez nerwowych prób eksperymentowania. Choć nazwa kapeli sugeruje odniesienia do lat 90., w samej muzyce trudno doszukiwać się bezpośrednich cytatów czy nostalgicznych spojrzeń w stronę tamtej dekady. Zamiast tego Sunday (1994) proponują nam brzmienie zawieszone w czasie. Nie próbują być ani specjalnie nowocześni, ani celowo archaiczni, stawiając raczej na spokojną ciągłość nastroju i formy. Co z tego będzie, to się dopiero okaże.
Warto: Blonde