
Absolutely, a właściwie Abby-Lynn Keen, mimo młodego wieku ma za sobą więcej branżowego doświadczenia niż wielu wykonawców z kilkuletnim stażem scenicznym. Gościnne występy (usłyszeć ją możemy m.in. u Tinashe czy Mariny), pisanie tekstów dla innych, praca w studiu – to wszystko było jej codziennością na długo przed tym, zanim zaczęła budować własny dźwiękowy świat. Nie da się też pominąć faktu, że dorastała w cieniu ogromnego sukcesu swojej siostry, Raye. Dla jednych to przepustka, dla innych ciężar. Absolutely musi pracować dwa razy ciężej by odpadła od niej łatka siostry jednej z najważniejszych współczesnych artystek. Czy płyta “Paracosm” w tym pomoże?
Warstwowe wokale, uderzenia w klawisze pianina i w końcu wybudzające z tego baśniowego snu mroczniejsze, elektroniczne uderzenia – tak wita się z nami Abby-Lynn serwując kompozycję “Natural Disaster”. Bo właśnie taka jest i jej płyta. Tu pop przybiera różne formy. Często bawi się w elektropop (galopujące, lekko mechaniczne “Nowhere to Hide”; chłodne “Painting by Numbers”; pełne przesterowanych syntezatorów i mocnych bitów “Prototype”), by za moment spróbować przemycić ambient (eteryczne, wzbogacane dodatkowo dźwiękami saksofonu “Helium” – to zdecydowanie najlepszy moment “Paracosm”), akustyczne dźwięki (“Simple Things”) czy nawet elementy rhythm’and’bluesa (“No Furniture”). Ja Absolutely najbardziej lubię w momentach, gdy zabiera nas do swojego filmowego świata i prezentuje utwory o kinematograficznym klimacie. Należą do nich chóralne, smyczkowo-elektroniczne “No Audience”; “Paracosm” o narastającej dramaturgii (czy słowa It’s such a big world, sometimes I feel small like I’m in a castle, lost in the halls nie brzmią jak wyrwane z disney’owskiej bajki o księżniczce?) czy w końcu orkiestrowe “Goodbye Glitter”, którego vintage’owy wydźwięk od razu mnie kupił.
Wydawnictwo “Paracosm” zostawia po sobie wrażenie solidnie wykonanej, estetycznie dopracowanej płyty pop, której może i słucha się bez bólu, ale o której nie będą toczyć się dyskusje. Absolutely nie próbuje kopiować swojej siostry, nie sięga więc po ten sam rodzaj dramatyzmu, bo i jej historia jest inna. I choć również stawia na pop, w jej wydaniu jest on bardziej zachowawczy, mniej ostentacyjny, jeszcze bez mocno zarysowanego znaku firmowego, brandingu. “Paracosm” nie jest więc kalką ani próbą wejścia w cudze buty. Brak wyraźnych podobieństw do Raye działa na jej korzyść, gdyż pozwala Abby-Lynn funkcjonować jako osobna postać na scenie.
Warto: Helium & Goodbye Glitter