RANKING: 10 zespołów, które uwielbiam

Były panie. Byli i panowie. Naturalną rzeczą było przygotowanie i zestawienia zespołów. Ranking moich ulubionych grup wygląda dość różnorodnie i składają się na niego nie tylko formacje, które podbiły moje serce, kiedy postanowiłam uczynić je bohaterami jakiejś recenzji czy artykułu, ale i zespoły, które stażem w gronie moich muzycznych ulubieńców przebijają czas istnienia strony.

10. Placebo
9. Mumford & Sons
8. The Pussycat Dolls
7. The Pretty Reckless
6. 4 Non Blondes

5. COLDPLAY

Niegdyś – mój zespół numer 1.  Dziś grupa dowodzona przez Chrisa Martina zadowolić się musi niższą lokatą. Coldplay kilka lat temu gdzieś tam sobie u mnie pogrywał w tle, lecz aż do 2012 roku nie znałam w całości żadnej jego płyty. Zespół przekonał mnie do siebie albumem “Viva la Vida or Death and All His Friends”, na który złożyła się porcja najelegantszych nagrań w karierze kapeli. Potem poszło z górki. Nie wystarczyła mi cała dyskografia Coldplay (wtedy jeszcze bez “Ghost Stories” i “A Head Full of Dreams”) – z pasją szukałam piosenek-odrzutów, b side’ów i zapomnianych przez świat (a może nawet i grupę) kompozycji. Cenię Brytyjczyków za niebanalne melodie, różnorodne utwory oraz życiowe teksty. Nie jestem jednak fanką idealną. Wychwalam albumy “A Rush of Blood to the Head” i “Parachutes” i udało mi się polubić łagodne “Ghost Stories”, ale boli mnie słuchanie “Mylo Xyloto” oraz ubiegłorocznego popowego koszmarka “A Head Full of Dreams”. I pomyśleć, że na debiucie Chris i spółka śpiewali “We Never Change”… Ale jestem dobrej myśli i wciąż wierzę w powrót Coldplay na właściwe (rockowe) tory.

Ranking płyt: A Rush of Blood to the Head > Parachutes > Viva la Vida > Ghost Stories > X&Y > Mylo Xyloto > A Head Full of Dreams

Ulubione: Green Eyes, Politik, We Never Change

4. GOLDFRAPP

Brytyjski duet Goldfrapp, tworzony przez wokalistkę Alison i multiinstrumentalistę Willa Gregory’ego, wpadł mi w ucho przez przypadek. Pewnego nudnego wrześniowego popołudnia (a dokładnie 10. dnia tego miesiąca, jak informują mnie statystyki last.fm) z ciekawości sięgnęłam po składankę “The Singles”. Eklektyzm tego wydawnictwa mnie zaskoczył. I taki właśnie jest duet Goldfrapp. Niby Alison i Will obracają się w kręgach muzyki elektronicznej, ale nie mają serca zamknąć się tylko na ten i tak rozległy gatunek. Zaczęli swoją przygodę od jednej z najtrudniejszych płyt, jaka wpadła mi kiedykolwiek w ręce. “Felt Mountain” nie warto szufladkować, bo ważniejszy od muzyki jest magiczny, ale i nieco psychodeliczny klimat nagrań. Na “Black Cherry” Brytyjczycy nieco się rozkręcają, by na konkretne tańce zaprosić w “Supernature”, po których za sprawą “Seventh Tree” mogę się wyciszyć  przy elektroniczno-folkowych, subtelnych dźwiękach i zebrać siły na dalsze pląsy przy synthpopowym ukłonie w stronę lat 80. – krążku “Head First”. Dyskografię Goldfrapp jak na razie zamyka tajemnicza, wybitnie piękna płyta “Tales of Us”. Nie sposób się z nimi nudzić.

Ranking płyt: Felt Mountain > Tales of Us > Supernature > Black Cherry > Seventh Tree > Head First

Ulubione: Lovely Head, Annabel, Deep Honey

3. THE BLACK KEYS

Moja przygoda z amerykańskim blues rockowym duetem The Black Keys nie jest długa. Sięga bowiem początku 2014 roku. Właśnie wystartowałam z rubryką “Grupowe Abecadło” i potrzebowałam bohaterów do kolejnego epizodu. Postanowiłam sięgnąć po zespół Dana Auerbacha i Patricka Carney’a, który kilka miesięcy później miał dać swój pierwszy koncert w Polsce. Jestem dość dziwną fanką The Black Keys. Mam w domu tylko jedną ich płytę, a gdyby ktoś zrobił mi quiz na rozpoznawanie piosenek duetu po kilkusekundowych fragmentach, mój wynik byłby żenująco niski. The Black Keys słucham bez zawracania sobie głowy, co to za kawałek właśnie leci, jeśli i tak mnie zadowala. Choć znaczenie ma to bądź co bądź spore, bo z czasem szorstkie, surowe garażowe granie ustąpiło miejsca produkcjom lżejszym i bardziej przebojowym. Jednak czy to “The Big Come Up” czy “Turn Blue” – The Black Keys i tak świetnie się słucha.

Ranking płyt: Thickfreakness > The Big Come Up > Brothers > Turn Blue > Rubber Factory > Magic Potion > El Camino > Attack & Release

Ulubione: Psychotic Girl, Goodbye Babylon, Little Black Submarines

2. EDITORS

Gdyby nie nuda, nawet nie wiedziałabym, że taka kapela jak Editors funkcjonuje. Nie mając ochoty na słuchanie tych samych piosenek postanowiłam “obadać” line up Open’er Festival 2013. jedną z gwiazd ówczesnej edycji wydarzenia byli właśnie Editorsi, którzy przyjechali promować album “The Weight of Your Love”. Posłuchałam i przez najbliższe dni nie odsuwałam go od siebie, wciąż z taką samą euforią chłonąc emocjonalne “The Phone Book”, mroczne “The Weight” i przebojowe “Formaldehyde”. Chętnie sięgnęłam po poprzednie płyty grupy dowodzonej przez obdarzonego niskim, hipnotycznym głosem Toma Smitha. Małym testem był dla mnie ostatni album Editors “In Dream”, zawierający granie elektroniczne, zimne i posępne. Szybko jednak podbił moje serce, które jakiś czas później zespół złamał, odwołując poznański koncert na dzień przed. Smutek był o tyle większy, że miałam już okazję posmakować, jak grupa wypada na żywo. Wieczór 3 października 2013 roku zapamiętam na całe życie. Liczę na cudowną powtórkę, ale na razie pozostaje mi cieszyć się z pełnej dyskografii Editors i podpisanego plakatu.

Ranking płyt: The Weight of Your Love  > In Dream > An End Has a Start > The Back Room > In This Light and on This Evening

Ulubione:The Weight, No Harm,  These Streets Are Still Home To Me

1. THE NATIONAL

Najsmutniejszy zespół świata dla często zapominającej co to uśmiech dziewczyny. Nie do końca dziś pamiętam, jak trafiłam na grupę Matta Berningera. Może było to wtedy, gdy podesłano mi ich cover “The Rains of Castamere”? A może po prostu zaintrygował mnie tytuł ich nowej wówczas płyty “Trouble Will Find Me”? Tak czy inaczej zespół przyjęłam dość… chłodno. Nudziły mnie ich spokojne, pełne smutku kompozycje. Nie potrafiłam jednak długo opierać się urokowi ich kompozycji. Powoli oswoiłam starsze albumy The National, aż w końcu musiałam przyznać sama przed sobą – amerykański zespół stał się najważniejszą kapelą w moim życiu. Cenię pełne melancholii, mało optymistyczne teksty. Wciąż na nowo zakochuję się w ciepłym, niskim głosie wokalisty. Zachwycają mnie te indie rockowe, posępne i często niezwykle wysmakowane melodie. The National po prostu mądrze grają, budując swoją markę najbardziej depresyjnego zespołu. A jeśli ktoś nie rozumie, czemu grupa ta skradła moje serce, polecam posłuchać “Vanderlyle Crybaby Geeks”.

Ranking płyt: Trouble Will Find Me > Boxer > High Violet > The National > Alligator > Sad Songs For Dirty Lovers

Ulubione: Demons, Racing Like a Pro, Vanderlyle Crybaby Geeks

11 odpowiedzi do “RANKING: 10 zespołów, które uwielbiam”

  1. Ale jak to Coldplay nie na pierwszym??? :O
    Jestem trochę zaskoczona obecnością 4 Non Blondes, nie wiem, czy potrafiłabym zakwalifikować do takiego rankingu zespół, który ma na koncie tylko jeden album. Wiem, że to trochę krzywdzące… ale płyta musi być za to prawdziwą petardą.
    U mnie nowa notka, zapraszam i pozdrawiam. 🙂

  2. Ciekawe zestawienie. I pewnie jak wielu myślałam, że Coldplay znajdzie się na 1. A The Pretty Reckless dałaś bardzo nisko – sądziłam, że znajdzie się w pierwszej piątce. Ciekawy wybór na podium. Ja osobiście nie potrafiłabym zrobić rankingu ulubionych zespołów, bo aktualnie takich nie ma niestety.

    Zapraszam na nowy post.
    http://www.Rebelle-K.blog.pl

  3. Też jestem zaskoczona obecność w rankingu 4 Non Blondes – w końcu nagrali jeden album – i Pussycat Dolls, bo dla mnie ten girlsband akurat nie wyróżniał się spośród innych podobnych mu grup. Twoja notka przypomniała mi też, że muszę w końcu poznać Editors, bo słyszałam o nich wiele dobrego.

    Pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *