#898 Kiana Ledé “Selfless” (2018)

Dwudziestojednoletnia Amerykanka Kiana Ledé od dziecka szykowana była na zostanie światową gwiazdą. Kiedy inne trzylatki pod choinkę dostawały lalki, ona cieszyła się z maszyny do karaoke. Kiedy jej rówieśnice po szkole bawiły się na placu zabaw, ona spieszyła na lekcje pianina i śpiewu. A także występowała przed kamerą, bo jej mama uwielbiała nagrywać wystąpienia córki i umieszczać je na portalu dla zdolnych małoletnich. Tam Kiana została odkryta i powili zaczęła pukać do drzwi show biznesu.

Swój pierwszy utwór Ledé nagrała w 2012 roku. Gdybym wówczas usłyszała tandetne “Hey Chica”, z małym zainteresowaniem sięgałabym po jej debiutancką płytę (epkę?) “Selfless”. Jednak jej kolejne numery zaczęły przybierać dojrzalszą formę. Przełomem w karierze artystki było zaproszenie od twórców soundtracku do ostatniej części “Grey’a” i umieszczenie na składance utworu “Big Spender”. Nie powala, ale na tle pozostałych kawałków na tym wydawnictwie wypada całkiem nieźle.

Pierwszy większy muzyczny projekt Kiany otwiera dość oczywista kompozycja r&b “Get in the Way”. Nieskomplikowanemu bitowi towarzyszy podchodzące pod melorecytację wykonanie wokalistki. Dodając do tego pojawiające się w tekście fuck’i otrzymujemy numer, którym zainteresowana mogłaby być Rihanna. “Mogłaby”, ale raczej wyśmiałaby jego twórców. Także następujący po “Get in the Way” utwór “Shame” nie robi nie wiadomo jak pozytywnego wrażenia. To kompozycja, której dokleić można metkę z napisem “poprawna”. Podobnie jak innym propozycjom Kiany – “Show Love”, “EX” i “Fairplay”, które nieco w górę ciągnie nawijka A$AP Ferga. Z tego niewielkiego zbioru chętniej wracam jedynie do powolnego, na swój sposób eleganckiego “Wicked Games” oraz akustycznego “Take It All”, w którym w końcu wyczuwam jakieś emocje i (chwilami) większe zaangażowanie w głosie Ledé w opowiadaną historię. W tym przypadku pozytywną – artystka śpiewa bowiem o ukochanym, który akceptuje ją taką, jaka jest.

Podpisanie poważniejszego płytowego kontraktu nie zostawiło twórczości młodej Amerykanki w spokoju. Jej wcześniejsze nagrania (m.in. “Where Are You Now”, “Controlla X Too Good” czy “Let Me Love You Mash Up”) bazowały na bardzo prostym patencie – obdarzonej uroczym, ale nie zachwycającym głosem Kianie towarzyszyły jedynie uderzenia klawiszy pianina. Piosenki zawarte na “Selfless” silą się już na bycie wzorowymi produkcjami r&b. I chociaż obdarzone zostały charakterystycznym dla tego gatunku feelingiem, brzmią dość pusto i biednie. Mam wrażenie, iż Ledé nie miała w nich miejsca na pokazanie skali swojego talentu. Odświeżenie i unowocześnienie brzmienia miało pomóc powalczyć wokalistce o miejsca na amerykańskich listach przebojów. Brakuje w takim razie na “Selfless” choć jednego mocnego refrenu, który chciałby przechadzać się po moich myślach przez najbliższe dni. Jeśli już macie ochotę na r&b od nieogranych wykonawców, warto sięgnąć po H.E.R. lub Ravyn Lenae*.

Warto: Wicked Games & Take It All

* Recenzja jej epki “Crush” powinna wkrótce ukazać się na stronie.

4 odpowiedzi do “#898 Kiana Ledé “Selfless” (2018)”

  1. Na pierwszy rzut oka myślałem, że na okładce mamy Leonę Lewis! Przesłuchałem podczas czytania kilka kawałków, które się tutaj pojawiły i cóż, muszę się z Tobą zgodzić. Nie jest to jakiś przebojowy materiał i nie jestem pewien, czy chce się do niego wracać. Taka rzecz do puszczenia sobie może gdzieś w tle.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *