Relacje z koncertów Poli Rise i Connera Youngblooda

POLA RISE (16.10, MESKALINA)

Na wybranie się na koncert Poli Rise (a właściwie Pauliny Miłosz) zdecydowałam się dość późno, nie mając lepszych planów na spędzenie wtorkowego wieczoru. Artystka, która na muzycznej scenie pojawiła się w 2014 roku, dopiero przed rokiem podpisała poważny płytowy kontrakt z labelem Warner Music Poland, który zaowocował przed paroma miesiącami debiutanckim longplay’em o urokliwym tytule “Anywhere But Here”. Nie śledzę uważnie kariery Rise, ale nie kojarzę, by premierze płyty towarzyszyła trasa koncertowa po polskich miastach. Może Paulina czekała na zimniejszą część roku? Bo właśnie taka jest jej muzyka – chłodna, wpisująca się w skandynawski czy nawet islandzki krajobraz.

Poznański koncert artystki zostawił po sobie mieszane wrażenie. Niezbyt podobała mi się jego forma. Począwszy od sprzecznych informacji dotyczących godziny rozpoczęcia (przez co wiele osób weszło w trakcie), przez poustawiane krzesełka, które mogły sugerować, że twórczość Rise ma niewielki potencjał na rozruszanie widowni, po dość przypadkową publiczność, która występ artystki w klubie Meskalina potraktowała jak coś a’la “live band grający do kotleta (a może raczej piwa)”. Na szczęście sama wokalistka i towarzyszący jej zespół (klawisze, skrzypce, perkusja, gitara) zrobili wiele, by nikt, kto przyszedł dla muzyki, nie wyszedł zawiedziony. Rise zaprezentowała nie tylko spokojne punkty swojej dyskografii (jak np. “Blackstar”, “Breathe” czy “Silence”), ale i udowodniła, że potrafi nadać swoim piosenkom delikatnego klubowego blasku i sprawić, by publiczność wstała z krzeseł (m.in. przy wspólnie wyśpiewanym “OhOH” czy “No More”). Niespodzianką były dwa covery. Najpierw Pola zmierzyła się z “Cold Little Heart” Michaela Kiwanuki, interpretując ten soulowo-bluesowy kawałek na swój elektroniczny, chłodny sposób. Na koniec zaś z lekką tremą wykonała (po polsku!) jeden z utworów T.Love, informując, że przeróbka będzie częścią projektu, którego szczegółów zdradzić na razie nie może.

CONNER YOUNGBLOOD (18.10, SPOT)

O ile wspomniane krzesełka na koncercie Poli Rise nie były zbyt potrzebne, tak dobrym pomysłem byłoby ustawienie ich w restauracji SPOT, w której dwa dni później wystąpił amerykański wokalista Conner Youngblood. Artysta, który ukończył prestiżowy uniwersytet Yale, pierwsze kroki w muzycznym biznesie postawił już w 2012 roku, wydając własnym sumptem album “Sketches”. Jednak na uwagę szefostwa wytwórni płytowych poczekać musiał jeszcze kilka lat. W końcu dołączył do rodziny Ninja Tune (ten sam label ma pod swoimi skrzydłami m.in. Finka, Kelis i Bonobo) i w wakacje 2018 roku wydał swój oficjalny debiut “Cheyenne”. Właśnie w ramach jego promocji zawitał do Polski. 18 października wystąpił w Poznaniu, ale zobaczyć go będzie można też w Warszawie i Wrocławiu.

Koncert Connera najlepiej podsumowuje przymiotnik ładny. Prezentowana przez wokalistę muzyka jest niezwykle prosta (łączy w sobie wpływy delikatnej elektroniki i folku) i bardziej niż na klubowym koncercie chciałabym słuchać jej w parku, leżąc na trawie, obserwując gwiazdy. I chociaż ze względu na stylistykę i wykonywanie piosenek wyższym głosem Youngblood porównywany jest do wczesnego Bona Ivera, jego twórczość jest mniej zajmująca. Przyjemna, owszem, ale nie zostawiająca po sobie większego śladu. Jakie utwory w Poznaniu wykonał artysta? Nie zabrakło “Lemonade”, “Pizza Body”, “The Birds of Finland”, “My Brother’s Brother” i “Australia”.

Jedna odpowiedź do “Relacje z koncertów Poli Rise i Connera Youngblooda”

  1. Pola Rise super sprawa, zazdroszczę nieco i podoba mi się ta spontaniczna decyzja, bo takie są najlepsze – zdecydowanie. Niestety, w moich okolicach na razie nigdzie nie gra, a z przyjemnością bym się wybrał.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *