#903 SEXWITCH “SEXWITCH” (2015)

Natasha Khan, brytyjsko-pakistańska wokalistka ukrywająca się pod pseudonimem Bat For Lashes, na początku swojej kariery zaserwowała nam dwa udane albumy (“Fur and Gold”, “Two Suns”). Doznała później długiego zacięcia i w bólach przygotowała kolejny krążek – “The Haunted Man”. Artystce skończyły się pomysły, czuła się wyczerpana i zniechęcona. A zegar tykał i nakładał na Natashę jeszcze większą presję. Efektem była mało ciekawa płyta, którą później zastąpił jeden z najbardziej niezwykłych muzycznych projektów.

Tu nawet nie chodzi o prowokującą nazwę SEXWITCH, ale tym, co za nią się kryje. Natasha ponownie nawiązała współpracę z muzykiem zespołu Toy, Danem Carey’em, który spełnia się także jako producent (działał m.in. z The Kills, Sią, Franz Ferdinand i Nickiem Mulvey’em). Pomysł na duet był prosty – bierzemy kilka folkowych numerów z lat 70. i nagrywamy swoje wersje. Rzeczywistość jest bardziej zwariowana. Wspomniane piosenki pochodzą z takich państw jak Iran, Maroko, Taljandia (tylko jedna jest z USA), a styl, jaki reprezentują, to głęboka psychodelia. Warto jednak zaznaczyć, że utwory przełożone zostały na język angielski, co zdecydowanie ułatwia ich słuchanie, choć nie do końca ogarnięcie.

“Ha Howa Ha Howa”, kompozycja otwierająca album, wprowadza w klimat od pierwszych sekund. Jest to gorączkowe, oddające hołd arabskiej kulturze muzycznej nagranie z ożywionymi, chwilami trudnymi do zrozumienia wokalami Kahn. Niespokojnie i bardziej tajemniczo artystka brzmi w akcentującym perkusję “Helelyos”. To piosenka, do której nazwa SEXWITCH pasuje najbardziej. Natasha przedstawia nam bowiem swoją paczkę dark girls, które niczego się nie boją, najlepiej czują się we własnym gronie i nie mają oporów, by powiedzieć mężczyźnie put yourself in the grave now. Hymn zlotu czarownic. Niesamowitym nagraniem jest mroczne, egzotyczne “Kassidat El Hakka”, które bardziej brzmi jak formuła plemiennego zaklęcia niż piosenka zarejestrowana w londyńskim studiu. Chwilą na zaczerpnięcie świeżego oddechu są stonowane, jaśniejsze utwory: jazzujące, delikatnie wykonywane “Lam Plearn Kiew Bao” oraz przystępne, rockowe “Ghoroobaa Ghashangan”. Płytę wieńczy najlepszy cover, jaki wyszedł spod ręki Natashy i Dana. Gitarowe “War in Peace” może i nie ma w sobie tego złowrogiego szaleństwa poprzedników, ale jest znakomitym gitarowym dziełem. Psychodelicznym, ale oswajanym przez słodkie wokalizy Khan. I o bardzo intrygującym tekście (it’s a joy to know you’re resting in peace, war in peace, what a funny combination), ale to już zasługa Skipa Spence’a.

Nie zanosi się na to, by projekt SEXWITCH doczekał się kontynuacji. Chociaż kiedyś z tego powodu (no dobra, to będzie za duże słowo) rozpaczałam, dziś sądzę, że to to strzał niemalże w dziesiątkę, ale z serii tych jednorazowych. Wydaje mi się, że zaprezentowana przez Natashę Khan i Dana Carey’a szóstka kompozycji w pełni wyczerpuje temat będąc bardzo dobrymi psychodeliczno-rockowo-elektronicznymi utworami o łatwo do mnie trafiającym mrocznym i niepokojącym klimacie.

Warto: Kassidat El Hakka & War in Peace

5 odpowiedzi do “#903 SEXWITCH “SEXWITCH” (2015)”

  1. Zawsze przy takich albumach zastanawia mnie – jaki jest sens zabierania się za taki repertuar? Ja tego nie widzę. Absolutnie nie podchodzą mi single tej wokalistki. Już przesłuchanie dwóch numerów sprawiło mi trochę trudności i jedyne o czym myślałem – by jak najszybciej to zakończyć.

    Pozdrawiam!
    https://songarticles.wordpress.com/

  2. Biorę w ciemno wszystko od Natashy (może poza The Bride, tejże płyty od niej szczerze nie lubię). A SEXWITCH to projekt naprawdę wart uwagi i naprawdę porządnie wykonany. Ja chciałbym jednak mimo wszystko usłyszeć te wersje w oryginalnych językach, a na kontynuację również nie liczę. Tak naprawdę jest zbędna, bo to, co pokazano tutaj jest dobrze skrojonym materiałem i świetnym jednorazowym projektem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *