#838 Franz Ferdinand “Always Ascending” (2018)


Długo przyszło nam czekać na nowy studyjny album szkockich mistrzów tanecznego rocka – zespołu Franz Ferdinand. Formacja długo promowała jego poprzednika (“Right Thoughts, Right Words, Right Action”), a także nawiązała chwilowy sojusz z amerykańskim, istniejącym od lat 70. duetem Sparks, który zaowocował interesującym krążkiem “FFS”. Kiedy nadeszła pora rozmyślania nad kolejną płytą, z Franz Ferdinand odszedł współzałożyciel grupy (Nick McCarthy), a ona sama na miejsce rejestrowania nowego materiału wybrała Francję. Jak paryski klimat wpłynął na muzykę?

Na hasło “muzyka francuska” w jednym uchu grają mi szlachetne, popowe numery Zaz, a w drugim cała paleta elektronicznych dźwięków, za które odpowiedzialni są m.in. Daft Punk, Justice czy Cassius. Philippe Zadar, członek tego ostatniego zespołu, pomógł Franz Ferdinand w produkcji “Always Ascending”, wzbogacając brzmienie kapeli o wprawiające nogi w ruch melodie. Tak tanecznie Szkoci jeszcze nie grali.

Płyta wita nas pięciominutowym utworem tytułowym, wobec którego żywię mieszane uczucia – z jednej strony podoba mi się jego rytm, z drugiej uważam, że kompozycję w dół ciągną zmęczone, mało przekonywujące wokalizy Alexa Kapranosa. Lepiej wypada kolejna piosenka, jaką jest funkujące, pulsujące “Lazy Boy”, wzbogacone o iście psychodeliczne partie gitar. To mój ulubiony utwór na albumie, choć po piętach depcze mu “The Academy Award”. Zabarwione melancholią nagranie należy do spokojniejszych punktów dyskografii Franz Ferdinand, czarując podchodzącą pod orkiestralny pop aranżacją. Wśród numerów, które bardziej przypadły mi do gustu, wyróżnić również można stąpające po mocno syntezatorowych melodiach “Feel the Love Go”; zdecydowanie najbardziej rockowe, zaskakujące rapowanymi wersami “Huck and Jim” oraz nowofalowe “Glimpse of Love”. Ładnie wypada także zamykające cały zestaw balladowe, kołyszące nagranie “Slow, Don’t Kill Me Slow”. Nie do końca za to rozumiem pomysł na “Paper Cages”. Wyraziste, mocne rozpoczęcie przerodziło się w powolne, jednostajne granie. Zaś o istnieniu takich kompozycji jak “Finally” i “Lois Lane” bardzo łatwo zapomnieć.

Twórczość Franz Ferdinand ma to do siebie, iż za każdym razem gładko wchodzi. Grupa nie przesadza z ilością kompozycji, które umieszcza na kolejnych albumach. Nie kombinuje także z długością nagrań i ich konstrukcją. Pod tym względem “Always Ascending” nie odstaje od reszty, będąc krążkiem przyjemnie niedługim, choć momentami niepokojąco nużącym. Słuchając tej płyty w głowie co i raz pojawiała mi się myśl, iż Franz Ferdinand już nic nikomu nie muszą udowadniać. Teraz liczy się dla nich wyłącznie dobra zabawa. Poruszających czy godnych zapamiętania treści na ich nowym krążku nie ma, ale rozrywkową funkcję spełnia on niemalże w stu procentach. Jeśli jednak szukacie ciekawszych dźwięków, polecam poprzedni album Szkotów. I ja chętniej do niego będę wracać.

Warto: Lazy Boy & The Academy Award

4 odpowiedzi do “#838 Franz Ferdinand “Always Ascending” (2018)”

  1. Po pierwszym singlu, fakt, że ta płyta miała się ukazać, wyleciał mi z głowy. Trochę mam wrażenie, że panowie zaczęli się powtarzać. Jeśli ich to bawi, to spoko, ale ja jednak nie mogę pozbyć się uczucia rozczarowania.

    Nowy wpis u mnie, zapraszam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *