#990 Yuna “Rouge” (2019)

Yunalis binti Mat Zara’ai, wokalistka, która przyjęła krótki i łatwy do zapamiętania pseudonim Yuna, jest jednym z niewielu zaprzeczeń tego, że trzeba pochodzić z USA lub Wielkiej Brytanii (ewentualnie Australii), by zrobić międzynarodową karierę. Urodziła się bowiem w konserwatywnej Malezji, ale nie przeszkodziło jej to zostać pop gwiazdą. Konsekwentnie nagrywa od 2008 roku, a jej nowa płyta “Rouge” może otworzyć przed nią jeszcze więcej drzwi.

Chętnie sięgnęłam po albumy, jakie ukazały się przed tegorocznym dziełem Malezyjki. Niewypałów nie ma, ale z tego niewielkiego zbioru najlepiej przedstawiał się wydany w 2016 roku krążek “Chapters” – przyjemnie pulsująca dawka rhythm’and’bluesa z elektronicznymi naleciałościami. “Rouge” eksploruje już bardziej popowe rejony. Bez wpadki.

Już na poprzednich wydawnictwach Yuna obracała się w kręgu znaczących nazwisk w muzycznym biznesie (jej debiut współprodukował Pharrell Williams; w piosenkach śpiewali Usher i Jhene Aiko), ale jeszcze nigdy nie miała wokół siebie tak dużej plejady innych artystów. Najbardziej ciekawa byłam efektów jej kolaboracji z G-Eazy i Little Simz. Amerykański raper dograł się do wakacyjnego, wpadającego w ucho (ten refren!) “Blank Marquee”. Rymująca Little Simz dodała zaś nieco pikanterii i agresji feministycznemu, utrzymanego w klimacie nu disco nagraniu “Pink Youth”. Z tych dwóch kompozycji wolę “Blank Marquee”, ale nawet ona znika przy kołyszącym, niezwykle odprężającym “Castaway”, którego niespieszny rap Tyler, the Creatora zgrywa się z subtelną Yuną. Do moich duetowych ulubieńców należą również “Likes” (feat. KYLE) i “Amy” (feat. Masego). Pierwszy z utworów zaskakuje oldskulową produkcją i warstwą liryczną, w której artystka rozprawia się z hejterami (why can’t they leave me alone? I’m doing good on my own). Drugi jest po prostu ładną, jazzującą kompozycją. Po drodze otrzymujemy jeszcze wyraźniej akcentujące gitarę “Teenage Heartbreak” (feat. MIYAVI) oraz niezapadające w pamięć “Does She” z gościnnymi wokalami Jay’a Parka, który mógłby zastąpiony zostać kimś innym.

Z solowych popisów Yuny największe wrażenie robi melancholijna, zaaranżowana na pianino ballada “Tiada Akhir”. Nie wiem, o czym wokalistka w niej śpiewa, ale jej głos ma smutny ton. Pozostała trójka ma nowocześniejszy i nie tak przygnębiający wydźwięk. Podobać się może niesione nietrudnym do zanucenia refrenem “Forget About You”. Nieźle słucha się też podbitych delikatnie tanecznymi bitami “Forevermore” i “(Not) the Love of My Life”.

Tegoroczne lato nie dostarcza niesamowitych muzycznych wrażeń. Jest jakoś tak leniwie, nieciekawie. Jakby wszyscy nagle wybrali się na urlop. Na posterunku została jednak Yuna, która swoją nową płytę wydała w połowie lipca i niejako uratowała moje lato. “Rouge” nie jest albumem, który zatrzęsie przemysłem muzycznym. Nie jest też krążkiem, który wskoczy do grona najważniejszych wydawnictw mojego życia. Jest za to płytą, po którą sięgam bardzo chętnie. Yuna potrafi ukoić nerwy swoim pastelowym głosem.

Warto: Castaway & Likes & Tiada Akhir

2 Replies to “#990 Yuna “Rouge” (2019)”

  1. O tak, zdecydowanie to letnia płyta. Kawałek z G-Eazy dla mnie super! Hipnotyzujący wokal, uzależniająca melodia, wpadający w ucho refren i luźny vibe <3

    Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *