
Chociaż Taylor Swift jest na scenie już około dwie dekady i zawsze cieszyła się popularnością, dopiero ostatnie lata to czas, gdy nie ma już na nią mocnych. Jej wpływy sięgają daleko poza sferę muzyczną, a grono jej fanów stale się powiększa. Także i w Polsce ma ich dziesiątki tysięcy. Nic więc dziwnego, że z jednego koncertu w Warszawie zrobiły się trzy. Miałam przyjemność uczestniczyć w drugim z nich.
Moją relację z twórczością Taylor Swift najlepiej określić słowami “to skomplikowane”. Jej piosenki nie goszczą zbyt często w moich głośnikach, a wiele płyt podsumowuję zwykłym wzruszeniem ramion. Znam setki lepszych. Jednak po premierze “Folklore” coś drgnęło i spojrzałam na Swift cieplej. Chciałam na własne oczy przekonać się, na czym polega jej fenomen. A gdzie lepiej się tego dowiedzieć, niż na koncercie?
Podoba mi się koncepcja trasy, jaką Taylor i jej ekipa sobie wymarzyli. Po dość długiej przerwie od występowania, a mając na koncie kilka nowych wydawnictw, artystka postanowiła zaprezentować nam istne The Best Of zamknięte pod szyldem The Eras Tour. I to był strzał w dziesiątkę, bo pozwoliło to podzielić występ na kilka osobnych segmentów i wyróżnić z każdej płyt najlepsze momenty. Przeszło trzygodzinne show było podróżą po jej dyskografii.
Zaczęło się od pastelowej, różowej ery “Lover”, którą reprezentowały chociażby takie nagrania jak “Cruel Summer”, kołyszący utwór tytułowy czy euforyczne “You Need to Calm Down”. Mnie najbardziej zachwycił moment wykonania “The Man”, gdy wokalistka i jej tancerze udali się na stalową, wysoką konstrukcję. Później moje zainteresowanie na moment zmalało, gdyż nastąpiło przypomnienie dziewczęcego, nieco naiwnego albumu “Fearless” (usłyszeliśmy m.in. “You Belong With Me”) oraz niezajmującego “Speak Now”, tu reprezentowanego przez bajkowe, mdłe “Enchanted”. Pomiędzy nimi Taylor powróciła do krążka “Red”, który był jej pierwszym krokiem w stronę popu. Jednak to właśnie zaaranżowane na gitarę akustyczną “All too Well” było highlightem nie tylko tej ery, ale i całego koncertu. Macie dziesięć minut? zapytała nas artystka, a ja chętnie poświęciłbym kilka innych tytułów, by znalazł się czas na ponowne odśpiewanie tego kolosa.

Pojawienie się na ekranie syczącego węża zaanonsowało najbardziej wyrazistą płytę w karierze Swift – “Reputation”. Filtrujący z elektropopem i r&b materiał ograniczony podczas koncertu został do piosenek “…Ready For It?”, “Don’t Blame Me”, “Delicate” i kapitalnego “Look What You Made Me Do”. Z tym ciemnym, agresywnym setem kontrastowały piosenki z dojrzalszych, indie folkowo-chamber popowych albumów “Folklore” i “Evermore” (m.in. “Cardigan”, “August”, “Champagne Problems”). Mniej dynamiczny fragment show zaowocował kilkoma opowieściami o powstaniu tych wydawnictw, co tylko udowadnia, że miały dla Swift ogromne znaczenie. Dla jej rozpoznawalności takie znaczenie miała płyta “1989” – pierwsza w pełni popowa. Promowały ją dwa wielkie przeboje (“Shake It Off” i “Blank Space”), które najmocniej zapamiętałam z całego segmentu. Miałam lekką obawę co do ery “The Tortured Poets Department”. Z męczącego krążka wydobyto jednak na żywo same najlepsze fragmenty. Sądzę, iż takie kawałki jak porywające “Who’s Afraid of Little Old Me”, przebojowe “I Can Do It With the Broken Heart” czy cieszące oko krótkim spektaklem “Fortnight” powinny wejść na stałe do koncertowego repertuaru artystki.
Ponownym spowolnieniem i chwilą na odsapnięcie był akustyczny set. Przygrywając sobie na gitarze akustycznej Taylor wykonała miks “I Can Fix Him (No Really I Can)” i “I Can See You”. Przy pianinie usiadła by zaśpiewać mashup “Red” i “Maroon”. Był to jednak moment show, który najmniej mnie poruszył, raczej przypominając, że wiele ma Swift w swoim worku piosenek, które nie zapadają w pamięć. Pisząc te słowa już nie kojarzę, jak ta czwórka brzmiała. Po głowie błąkają się za to refreny piosenek z “Midnights”, które okazały sie być mocnymi synth popowymi nagraniami do nieśmiałych pląsów. Od dawna jestem fanką seksownego “Vigilante Shit” (podczas koncertu niemalże przybierającego formę burleski), a od pewnego czasu nie mogę uwolnić się od “Anti-Hero” i “Bejeweled”. Razem z m.in. “Karma” i “Lavender Haze” pojawiły się na setliście.
Show The Eras Tour zawierało wszystko to, co popowy występ zawierać powinien. Była charyzmatyczna, od pierwszej do ostatniej sekundy zaangażowana w swoją pracę bohaterka, przebieranki, sztuczne ognie, masa rekwizytów, ruchome elementy sceniczne i tańce. Momenty radosne, ale i chwile na refleksję. Czy rozumiem już fenomen Taylor Swift? Zdecydowanie tak, bo choć odniosła gigantyczny sukces, zdaje się być tą samą dziewczyną z sąsiedztwa, której nieskomplikowane teksty i ukryte w nich opowieści trafić mogą do każdego bez względu na wiek i płeć. Ta uniwersalność jej muzyki jest niesamowita.