![]()
Może i niewiele jest osób, które w ogóle zarejestrowały fakt, że przed rokiem ukazała się nowa płyta Justina Timberlake’a (“Everything I Thought It Was”), ale zainteresowanie koncertami amerykańskiego wokalisty nie spada wraz z upływem lat. Od dłuższego czasu objeżdża świat ze swoim nowym popowym show, a jednym z jego ostatnich przystanków była Warszawa i wypełniony millenialsami PGE Narodowy.
O ile odbywająca się w ubiegłym roku część trasy The Forget Tomorrow World Tour skupiała się na arenach, tym razem Justin i jest ekipa postanowili skorzystać z polepszającej się pogody w Europie i postawić na outdoorowe wydarzenia. Zmienił się także zestaw piosenek. Setlista nie tylko uległa skróceniu o kilka kawałków, ale i przestała skupiać się na najnowszym wydawnictwie. Bliżej jej do festiwalowego setu (a kilka takich koncertów Timberlake ma przed sobą) aniżeli wydarzeniu mającemu na celu promowanie “Everything I Thought It Was”. Metamorfoza dotknęła także sceny i zniknęła unosząca się w powietrzu platforma, która wywołała takie zaskoczenie na wcześniejszych koncertach. Postawiono na prostotę, grę światłami i efekty video. Warszawa widziała już więcej.
Więcej także słyszała, bo bywało się już na stadionie na koncertach dłuższych (niepokonana Taylor Swift – 3 godziny), ale chyba dopiero po zerknięciu na utwory, jakie Justin wykonał, dociera do widza, jak bogata w przeboje jest jego dyskografia. Warszawski występ był swoistym best of’em rozpoczętym od przebojów “Mirrors” i “Cry Me a River”, a wieńczonym skromniejszym “Until the End of Time”. Po drodze była masa ukłonów w stronę legendarnej już płyty “FutureSex/LoveSounds” (reprezentowana przez takie numery jak “Sexy Ladies”, “Summer Love” czy “What Goes Around… Comes Around”); wycieczka w czasie do debiutanckiego “Justified” (“Rock You Body”, “Señorita”) czy bardziej eksperymentalnego, choć niepozbawionego przebojowości projektu “The 20/20 Experience” (“Let the Groove Get In”, “Suit & Tie”).
Może i brakowało ciekawszych, widowiskowych efektów, ale na brawa zasługuje zespół artysty (okrzyknięty mianem Tennessee Kids), który z każdej piosenki wyciskał, ile się da. Delikatnym spadkiem było “Can’t Stop the Feeling!” (chociaż wiem, że nie jestem tu obiektywna – publiczność bawiła się przy tym super, ale dla mnie to najgorszy element dyskografii Amerykanina) oraz akustyczny set, po którym swoje pięć minut miał DJ. Otrzymaliśmy intensywny mix takich kawałków jak m.in. “Ayo Technology”, “4 Minutes” i “Give It to Me”, a mi po głowie przebiegła myśl, że kiedyś to było.
Przesadziłabym pisząc, że wyczekiwałam koncertu Justina Timberlake’a na polskiej ziemi, ale moją motywacją do zjawienia się na nim była słabość do muzyki z lat dwutysięcznych. Piosenek odsłuchiwanych na YouTube, dzwonków ściąganych na telefon, teledysków podpatrywanych na VIVA czy MTV, szkolnych dyskotek. Takie wspomnienia brzmią jak “SexyBack” czy “Cry Me a River”. I niech brzmią nam w najlepsze.

Mam podobny stosunek do JT – nie szaleję, ale sentyment do muzyki lat 00. jest w serduszku.. Nie spodziewałam się, że tak szybko powróci do Polski i da show bardzo podobne do tego z zeszłego roku. Trochę szkoda tej latającej platformy, bo podobno był to highlight koncertu 😀
Pozdrawiam.