Relacja z koncertu Jennifer Lopez

Po burzliwym roku, który przyniósł nie tylko prywatne i artystyczne rozczarowania, ale także poważne wątpliwości co do dalszej kariery, Jennifer Lopez powróciła z nową energią. Choć jej ostatni album “This Is Me… Now” nie spełnił oczekiwań komercyjnych, a amerykańska trasa została odwołana z powodu kiepskiej sprzedaży biletów, J.Lo postanowiła zaadresować swoją twórczość do słuchaczy z innej części globu planując występy m.in. w Kazachstanie, Armenii i Polsce. 25 lipca zawitała do Warszawy.

Jeśli spojrzymy na Lopez jak na wokalistkę, która ostatnie większe sukcesy święciła ponad dekadę temu, wieść o organizacji jej polskiego koncertu na PGE Narodowym brzmieć mogła jak pomysł bardzo śmiały i zahaczający o szaleństwo. W końcu to samo miejsce widziało ostatnio tłumy na występach Imagine Dragons, Guns N’ Roses czy Justina Timberlake’a. Sukces w dzisiejszych czasach nie jest jednak mierzony ilością sprzedanych płyt, ale biletów na koncert danego wykonawcy. W Warszawie na J.Lo bawiło się ponad około 70 tysięcy (!) osób.

© Prestige MJM

Nie promuje nowej płyty – po prostu celebruje swoją kilkudziesięcioletnią karierę. Jennifer Lopez ruszyła w trasę koncertową Up All Night nie po to, by zaprezentować premierowy materiał, ale by spojrzeć wstecz z dumą i rozbrajającą pewnością siebie. Stąd best of’owy charakter jej koncertu, który już na samym wstępie uraczył nas wielkim przebojem “On the Floor”. Dalej przyszła pora na nieco nowsze “Booty” i “Ain’t Your Mama”, by przy bardziej rockowych dźwiękach wprowadzić utwór “Jenny From the Block” zestawiony z fragmentami “Like Jennie” koreańskiej gwiazdy Jennie. Pomiędzy kawałkami Lopez znajdywała czas na przebieranki, a jej kolejne sety miały spójniejszy charakter. Świetnie wypadł akt zainicjowany pięknym coverem “Gracias a la vida”, na który złożyły się także pełna dramatyzmu piosenka “Qué hiciste”, akustyczna odsłona “If You Had My Love” i spokojniejsza wersja “Ain’t It Funny”. Tymi kilkoma nagraniami wokalistka zdawała się składać hołd swoim latynoskim korzeniom. Zrobiło się nieco sentymentalnie, lecz już chwilę później bawić się mogliśmy przy imprezowych, dyskotekowych hymnach pokroju “Waiting for Tonight”, “Dance Again” czy “Let’s Get Loud”. Czy odkryłam podczas jej koncertu jakiś numer na nowo? Ku swojemu zaskoczeniu tak. “I’m Into You” nabrało zmysłowego, pościelowego wydźwięku przykrywającego oryginalne popowe, radiowe wykonanie. Niespodzianką była też spora liczba świeżych nagrań (artystka jednak zręcznie pominęła niesławny krążek “This Is Me… Now”), które nie mogły osłuchać się publiczności, gdyż nie miały jeszcze swojej oficjalnej premiery. O ile jednak na “Regular” czy “Save Me Tonight” warto czekać, tak zostawione niemalże na sam koniec “Free” trąci lekkim banałem.

© Prestige MJM

Koncert J.Lo to ponad dwie dekady hitów, które definiowały pop i r&b początku XXI wieku, latynoska pasja i parkietowe przeboje, które nadal porywają tłumy. Wokalistka nie może pochwalić się wybitnym głosem, ale nadrabia całą resztą – sceniczną prezencją, niegasnącą charyzmą, tańcem. Błyszczy (dosłownie, bo jej kreacje, choć skąpe, pełne były świecących elementów) i daje z siebie dużo. Na niecałe dwie godziny warszawski stadion zmienił się w największą imprezę kraju.

 

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Jeden komentarz do “Relacja z koncertu Jennifer Lopez”

  1. Też sobie pomyślałam, kiedy ogłoszono ten koncert, czy kogoś przypadkiem nie poniosła fantazja, a tu się okazało, że J.Lo jednak jest w stanie wypełnić Stadion Narodowy, tak samo jak Pitbull doczekał się drugiego koncertu w Tauron Arenie. Wygląda na to, że Polacy mają sentyment do dance-popowych hitów sprzed prawie 15 lat, którymi katowało nas radio. 😉
    Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *