Zaledwie przed paroma dniami zagłębialiśmy się w debiutancki solowy album “Alter Ego” Lalisy Manobal z koreańskiego girlsbandu Blackpink, a już zapoznać się możemy z pierwszym wydawnictwem jej koleżanki z zespołu – Jennie Kim. I chociaż w grupie dziewczyny stawiały na współpracę, dziś stają do konkursu, której z nich udało się przygotować płytę robiącą większą furorę. Za obiema stoi dziś potężna biznesowa machina.
Na swojej debiutanckiej płycie “Ruby” Jennie powtarza pomysł Lisy i śmiało zagaduje do słynnych znajomych. Niespieszne, leniwe “Handlebars” o delikatnym disco połysku to efekt współpracy z samą Dua Lipą. I to efekt naprawdę niezły, który widziałabym nawet na “Future Nostalgia”. W popowo-hip hopowym “ExtraL” gości popularną ostatnio raperkę Doechii. Powolne, lekko zamglone “Love Hangover” wzbogaca głos Dominika Fike. Miałam duże oczekiwania w stosunku do “Damn Right” widząc na liście kolaboratorów Koreanki Kali Uchis i Childisha Gambino. Zawód szczęśliwie się nie pojawił, bo kawałek jest po prostu świetnym, zmysłowym utworem z nurtu rhythm’and’blues. Kompozycją z podobnej bajki jest “Seoul City”. Wpływy r&b i hip hopu przenikają takie utwory jak “Mantra”; podbierające melodię z “Jenny From the Block” J.Lo “With the IE (Way Up)”; “Filter” czy “like JENNIE” będące obok eksperymentalnego “ZEN” najagresywniejszym momentem “Ruby”. Na drugim biegunie lądują spokojniejsze elektropopowe “Start a War” (refren tej piosenki brzmi niesamowicie znajomo) i akustyczne “Twin”. Gdzieś w połowie ląduje dance popowo-elektroniczne, dość banalne “Starlight”.
Słuchając krążka “Alter Ego” Lisy towarzyszyło mi uczucie, że jego autorka jest produktem dopasowanym do współczesnego rynku muzycznego pełnego piosenek, w których nie liczy się wiele więcej poza tym jednym chwytliwym momentem nadającym się do wykorzystania w co drugim tik toku. Z tej samej taśmy wyjechała płyta “Ruby” Jennie. Naszpikowany potencjalnymi przebojami album kusi modną produkcją i kolaboracjami z topowymi artystami. A coś więcej? No właśnie nie bardzo. Jennie nie jest tak krzykliwa i hałaśliwa co jej zespołowa koleżanka. Chętniej ogląda się na rhythm’and’bluesowe dźwięki. Brakuje jej jednak oryginalności i czegoś, co pomogłoby mi pamiętać “Ruby” po latach.
Warto: Love Hangover & Damn Right