RECENZJA: Ethel Cain “Willoughby Tucker, I’ll Always Love You” (2025) (#1627)

Kiedy Ethel Cain w 2022 roku wydawała debiutancki longplay “Preacher’s Daughter”, nie mogła przypuszczać, jak duże poruszenie wywoła jej praca. Mroczna opowieść o traumie, religii i przemocy poruszyła słuchaczy. Artystka wraca dziś z projektem “Willoughby Tucker, I’ll Always Love You” będącym albumem, na którym nie decyduje się na rozpoczęcie nowej historii, lecz sięga wstecz do czasów sprzed wydarzeń znanych z “Preacher’s Daughter”. To prequel – spojrzenie w młodzieńcze lata bohaterki Cain, jej pierwsze doświadczenia miłości i straty, które nie pozostały bez wpływu na jej późniejsze losy.

Siadając do każdego z projektów Amerykanki trzeba uzbroić się w cierpliwość i odpowiednią ilość czasu, by skupić się na tym, co nam właśnie gra, gdyż artystka lubuje się w długich, rozciągniętych utworach. Swój nowy album Ethel rozpoczyna w spokojnym stylu. “Janie” jest bowiem folkową kompozycją o delikatnym, ale wyrazistym klimacie. Do grona balladowych numerów zaliczyć można także wiele kolejnych kawałków. Mamy tu chociażby ośmiominutowe, łagodnie zaśpiewane “Nettles”, w którym brakuje jednak jakiegoś plot twistu, choć pojawiające się pod koniec smyczki przyciągają uwagę. Jest ambientowe “A Knock At the Door” z chłodnymi, wybijającymi się na pierwszy plan wokalami. Pojawia się i trwające piętnaście (!) minut “Waco, Texas”, które jest płynącą w niespiesznym tempie alt folkową pieśnią o pięknym fortepianowym zakończeniu. Nieco więcej rockowych elementów przebija się przez “Dust Bowl” czy “Tempest” – druga z kompozycji jest moim ulubionym momentem płyty. Cain sięga po post punkowo-industrialne wpływy i serwuje nam emocjonalny rollercoaster pełen burzliwych zmian i napięć. Co ciekawe Ethel potrafi stworzyć także i przystępniejsze nagrania, czego dowodem jest ponure, ale lekko błyszczące, flirtujące z popem “Fuck Me Eyes”.

Ethel Cain nigdy nie pretendowała do miana wokalistki, która swoją muzyką chciałaby dotrzeć do jak największej liczby słuchaczy. A mimo wszystko albumem “Preacher’s Daughter” zrobiła furorę. To jedna z najbardziej niezwykłych płyt, jakie wpadły mi w ręce w ostatnich latach. Liczyłam, że wydawnictwo “Willoughby Tucker, I’ll Always Love You” tę passę podtrzyma. Cain ponownie udało się nagrać porcję piosenek, które pełne są symboliki, zabierają nas w podróż na amerykańską prowincję i budują przestrzeń pełną emocjonalnych niepokojów. Muzycznie projekt ten wypada słabiej od swojego słynnego poprzednika. Mało która kompozycja sieje podobne spustoszenie. Słodko-gorzki powrót.

Warto: Tempest

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Jeden komentarz do “RECENZJA: Ethel Cain “Willoughby Tucker, I’ll Always Love You” (2025) (#1627)”

  1. Nie śpieszy mi się do tego albumu. Nie podchodzi mi muzyka Ethel i męczyłam się słuchając “Preacher’s Daughter”, więc na ten album muszę znaleźć chęci… i czas. 😉
    Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *