RECENZJA: Siouxsie and the Banshees “A Kiss in the Dreamhouse” (1982) (#1650)

W 1982 roku brytyjska formacja Siouxsie and the Banshees weszła do studia nie tylko po to, by nagrać kolejną płytę, ale by dalej przesuwać własne granice i w pełni skorzystać z dobrodziejstw pracy w tymże miejscu. Rok po mroczniejszym albumie “Juju” Susan Janet Ballion i spółka zmontowali materiał, który wciąż ma ten gotycki vibe, lecz w zmysłowym wydaniu, a eksperymenty nie wymykają się spod kontroli, lecz tworzą piękny, barokowy krajobraz.

Z dziewięcioma piosenkami składającymi się na trzydzieści siedem minut muzyki “A Kiss in the Dreamhouse” była najkrótszą płytą w karierze zespołu i takową też pozostała do chwili rozpadu formacji w połowie lat 90. Przygodę z albumem rozpoczyna post punkowe, zahaczające o art rocka “Cascade” – piosenka o szybkim, lekko nerwowym refrenie. Dźwiękowe zawirowania (psychodeliczne klimaty zestawione z orientalnymi zagrywkami) są cechą wyróżniającą surrealistyczne “Green Fingers”. Sam utwór brzmi jednak lekko chaotycznie i sprawia wrażenie niedopracowanego. Uwielbiam za to mroczne, wzbogacane niepokojącym biciem zegara “Obsession”. Nie dzieje się tu dużo, ale wokal Susan jest cudownie wyraźny i niepozbawiony aktorskiego pierwiastka. Do moich ulubieńców należą też rozpędzone, barwne “She’s A Carnival” (lata 80. pełną parą!); psychodeliczny art pop postaci zmysłowego “Melt” czy przemycające taneczne rytmy “Slowdive” (tak, właśnie tej piosence swoją nazwę zawdzięcza kapela Slowdive). Oryginalnie wybrzmiewają “Painted Bird” będący energicznym post punk o chłodniejszym klimacie i bogatej produkcji, oraz zawieszone gdzieś między artystycznym popem, dream popem i jazzem “Cocoon” – tak zmysłowa i elegancka Siouxsie jeszcze nie była.

Moje serce wciąż mocniej bije do dźwięków znanych z “Juju”, lecz nie sposób nie docenić “A Kiss in the Dreamhouse”. Mogę sobie tylko wyobrazić, jak nowatorsko musiało to brzmieć na początku lat 80. Dziś ten ząb czasu co nieco tu nadgryzł, ale wciąż w lwiej części jest to wydawnictwo szalenie interesujące i mogące inspirować kolejne pokolenia. Zespól  Siouxsie and the Banshees udowodnił, że nie ma ochoty stać w miejscu, ale jednocześnie pozostał wierny swym ideałom. Na swoim piątym krążku grają więc konkretnie, ale z finezją. Eksperymentują, lecz nie zapominają o melodyjności. Wciąż są mroczni, ale w baśniowym wydaniu.

Warto: Obsession & Melt

_____________________

The ScreamJoin Hands ♥ Kaleidoscope Juju

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *