RECENZJA: Alexandra Savior “Beneath the Lilypad” (2025) (#1653)

Kariera amerykańskiej wokalistki Alexandry Savior od samego początku naznaczona była obecnością wielu znanych osób z branży muzycznej. Już w 2012 roku jeden z nagranych przez nią coverów wpadł w ucho Courtney Love, a jej debiutancki album powstał przy pomocy Alexa Turnera (tak, tego z Arctic Monkeys) i Jamesa Forda. Za kolejnym wstawił się sam Danger Mouse. Mimo tego na próżno szukać nazwiska Savior w gronie największych gwiazd współczesnego alternatywnego popu.

Aż pięć lat czekać musieliśmy na następcę krążka “The Archer” z 2020 roku. Choć nie wracam dziś zbyt często do tej muzyki, kojarzy mi się z ostatnimi przedpandemicznymi chwilami. W twórczości Alexandry było coś szczerego i przyjemnie niedzisiejszego. Tego samego poszukiwałam na “Beneath the Lilypad”. Artystka rozpoczyna swój nowy krążek w gitarowym stylu – “Unforgivable” o popowych akcentach wpada w ucho, a wysokie wokale Amerykanki kojarzyć się mogą z Laną Del Rey. Ciekawsze rzeczy dzieją się jednak w “The Mothership”. To mroczniejszy, pulsujący alt pop o delikatnych wycieczkach w stronę kosmicznej elektroniki. Nostalgiczny klimat w stylu wspomnianej już Lany przenika baroque popowe nagranie “Goodbye, Old Friend”. Pięknie wybrzmiewa harmonijne “All of the Girls”, w którym dźwięki skrzypiec zestawione zostały z gitarą akustyczną, co nadaje piosence zarazem swobodnego stylu i elegancji. Jeszcze bardziej stylowo wypada jazzujące “Venus”, które urzeka klimatem godnym lat 50. i romantycznym śpiewem Alexandry. W podobnej, choć bardziej orkiestrowej, retro aranżacji utrzymane jest balladowe “You Make It Easier”. Uwagę zwracają na siebie zawieszone gdzieś między jawą a snem “Let Me Out”, oraz puszczające oczko do country przestrzenne “Old Oregon”.

Album “Beneath the Lilypad” pokazuje Alexandrę Savior w zupełnie nowym świetle. Wokalistka jest dojrzalsza, pewniejsza siebie i odważniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Jej krążek “The Archer” był ważnym, surowym świadectwem  odbudowy po trudnych latach (po premierze “Belladonna od Sadness” wytwórnia wypowiedziała jej umowę), tegoroczna nowość jest już pełnoprawnym, filmowym światem, który artystka tworzy z pełną świadomością swej tożsamości. Savior odchodzi od minimalistycznego folkowo-popowego brzmienia na rzecz rozbudowanych aranżacji, smyczków i art popu. I wciąż nie chce gonić za współczesnymi trendami.

Warto: The Mothership & Venus

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Jeden komentarz do “RECENZJA: Alexandra Savior “Beneath the Lilypad” (2025) (#1653)”

  1. Przesłuchałam ten album kilka miesięcy temu i najbardziej w pamięci utkwiło mi “You Make It Easier”, piękny utwór. Nie jestem jednak w stanie wskazać różnic między jej trzema albumami, wszystkie wydały mi się być po prostu ok.
    Pozdrawiam. 😊

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *