
Kiedy tylko nadarza się okazja, zawsze wypatruję możliwości zobaczenia Kasi Lins na żywo. Jej koncerty mają w sobie coś, co trudno uchwycić jednym słowem. Każda kolejna era jej kariery to inna historia – inny nastrój, inne emocje, inna perspektywa. Dlatego powrót na jej koncert nigdy nie jest powtórką. Jest raczej wejściem w zupełnie nowy świat. 22 marca w Poznaniu na scenie klubu Tama pojawiła się nie tyle Kasia Lins, co wykreowana przez nią Obywatelka K.L.
Występ w stolicy Wielkopolski nieco się opóźnił. Nie było jednak w tym winy artystki, lecz fanów, którzy powoli wypełnili klub do ostatniego miejsca. Tak, był sold out, którego może i się nie spodziewałam, a który mnie – osobę obserwującą poczynania Lins od chwili ukazania się “Take My Tears” – bardzo cieszy. Super jest być świadkiem rozkwitu kariery tak ciekawej postaci. Dziś Kasia na koncie ma już pięć studyjnych albumów, a ostatni, promowany właśnie serią występów, ukazał się pod koniec zeszłego roku. Tym razem Polka zrezygnowała z własnych tekstów na rzecz przełożenia na własny artystyczny język kompozycji autorstwa Grzegorza Ciechowskiego. To nie tribute – to Obywatelka K.L. wyświetlone zostało podczas jednego z utworów, a pod tymi słowami naprawdę można się podpisać. Chłodne, nowofalowo-alternatywne piosenki muzyka w wykonaniu Lins nabierają nowoczesnego sznytu.
Poznański koncert nie był tylko prostą prezentacją materiału z płyty “Obywatelka K.L.”, lecz pełnoprawnym spektaklem emocji, w którym każdy element miał swoje znaczenie. Począwszy od aranżacji i kostiumów, przez światło i wplecione w krótkie przerwy fragmenty wypowiedzi Ciechowskiego, aż po sposób, w jaki wokalistka prowadziła narrację między utworami. Krążek wybrzmiał w całości, a momentem, który zapamiętam na długo, było wykonanie utworu “Zasypiasz sama”, przed którym Lins znikła ze sceny, by nagle odnaleźć się na… barze znajdującym się na samym końcu sali. Mocno i konkretnie wybrzmiały także takie numery jak “Sexy Doll” (niekwestionowany ulubieniec tej ery sądząc po reakcji publiczności), “Śmierć w bikini” czy “Tak długo czekam (ciało)”. W tym republikowym szaleństwie nie zabrakło miejsca na jedną piosenkę z repertuaru Kasi. Postawiła ona bowiem na “Truciznę” znaną z rozszerzonej edycji płyty “Omen”. Cały występ był bardzo intensywny, chwilami nawet teatralny. A mnie już ciekawi, co dalej pokaże nam Kasia Lins. I spieszmy się kupować bilety na jej koncerty, bo znikać będą w okamgnieniu.