
10. Kaśka Sochacka x Dawid Podsiadło Tylko haj
Album “Tylko haj” jest wydawnictwem takim, jakim płyty będące kolaboracjami dwójki wykonawców powinny być. Kaśka Sochacka i Dawid Podsiadło spotkali się bowiem w połowie drogi by zaprezentować nam garść utworów lekkich, ale melancholijnych. Do posłuchania w domu, ale posiadających ten festiwalowy rozmach. Przyznam, że nie jestem fanką ostatnich muzycznych wyborów Dawida, lecz na “Tylko haj” ponownie zachwycać się mogę jego wrażliwością i muzyczną dojrzałością. Podobnie mocno lśni Kaśka, która także wnosi wiele dobrego do tego projektu.
9. Sanah Dwoje ludzieńków
Sanah po raz kolejny nie chce sprzedawać nam kota w worku i na długo przed premierą melodyjnego tomiku “Dwoje ludzieńków” ujawniła wszystkie wchodzące w jego skład piosenki. Co tydzień wypatrywałam niecierpliwie każdej jej poetyckiej nowości, gdyż projekt, w którym Zuzanna sięga po wiersze, jest moim ulubionym w jej karierze. Tu mamy dodatkowo znanych gości, którzy do poszczególnych utworów dobrani zostali nieprzypadkowo, bardziej dopełniając całość niż walcząc z Sanah o uwagę. Jeśli autorskie kompozycje Polki są dla was nie do przejścia, tu odkryjecie jej ambitniejszą stronę.
8. Karolina Prasał Karolina Prasał
Niedługa (składająca się z ośmiu piosenek dających razem nieco ponad dwadzieścia minut muzyki), ale bardzo osobista – taka jest debiutancka płyta Karoliny Prasał. Wokalistka ma za sobą szalenie pracowity rok, bo obok nagrywania solowego materiału zmajstrowała krążek z zespołem Mlecze, o którym jeszcze wspomnę. Album “Karolina Prasał” zawiera granie mniej pogodne, a mocniej skupione na gitarowo-elektronicznych alt popowych, przesiąkniętych melancholią brzmieniach. Dużą rolę grają tu same emocje, przez co obcując z krążkiem ma się wrażenie, że słuchacz wybrał się na spacer po zawiłych ścieżkach znajdujących się w głowie głównej bohaterki. Ta autentyczność zachwyca.
7. Shama Loki
Polski zespół Shama jest moim kolejnym odkryciem dokonanym dzięki festiwalowi Next Fest. Formacja wydała w połowie roku swój debiutancki longplay zatytułowany “Loki”. Muzyka projektu kręci się wokół soulowych i funkujących melodii o nostalgicznym, retro sznycie, choć nie brakuje w niej i nawiązań do bedroom popu, elektroniki czy alternatywy. Cała ta paleta dźwięków składa się na brzmienie pełne przestrzeni i melancholii. “Loki” jest dojrzałym i autentyczny krok w rozwoju Shamy, pokazujący jej umiejętność łączenia szczerości z artystycznym wyczuciem.
6. Mlecze Maruda
“Maruda” zespołu Mlecze jest dokładnie powodem, dla którego powołano do życia festiwale showcase’owe pokroju Next Fest – mamy możliwość odkrycia naprawdę obiecujących polskich twórców. Debiut polskiej grupy brzmi jak wiosenno-jesienna opowieść: delikatna, organiczna, momentami rozmarzona. Muzycznie Mlecze proponują fajne, lekkie polskie indie granie, które jest ciepłe, domowe, ale z potencjałem na festiwalowe sceny. W tekstach przewija się mnóstwo odniesień do natury, a zwłaszcza kwiatów, które stają się tu metaforą kruchości i odradzania się.
5. Trupa Trupa Mourners
Może nie płyta, lecz epka, ale tak udana, że szkoda byłoby ją przemilczeć w końcoworocznym podsumowaniu polskiego muzycznego podwórka. Zespół Trupa Trupa nie ma w Polsce jakiejś spektakularnej publiki, ale regularnie trafia na łamy zagranicznej prasy. Projekt “Mourners” balansuje między surową postpunkową energią, psychodelicznymi teksturami i zaskakującymi stylistycznymi twistami, które nadają każdemu kawałkowi charakteru. Materiał przygotowany na epkę brzmi żywo, nieprzewidywalnie i świeżo. Chłopaki czerpią z dokonań alternatywnych twórców, odwołują się do dźwiękowych tradycji, ale robią to po swojemu.
4. Kathia Nie chcę być tu sama
Choć Kathia wciąż jest bardzo młoda, jej nowa płyta brzmi tak, jakby powstała z perspektywy kogoś, kto przeżył już wiele. Wokalistka potrafi śpiewać o różnych aspektach życia z niezwykłą czułością. To wydawnictwo pełne emocjonalnej szczerości i subtelnych obserwacji. “Nie chcę być tu sama” jest nowoczesnym spojrzeniem na alternatywny pop zmieszany ze sporą dawką elektroniki. Całość brzmi głęboko i organicznie. Tak, jakby każdy dźwięk miał swoje znaczenie, a każda pauza była równie ważna jak słowo. Jest to płyta, która dojrzewa wraz z każdym odsłuchem – im częściej się do niej wraca, tym więcej można z niej dla siebie zabrać.
3. Wiktoria Zwolińska Przebłyski
Wśród zeszłorocznych polskich premier jedna płyta szczególnie mocno wyróżniła się swoją bezpretensjonalną szczerością – “Przebłyski” Wiktorii Zwolińskiej. To debiut, który nie próbuje niczego na siłę udowadniać, tylko prowadzi słuchacza przez świat młodej, poturbowanej wrażliwości. Zwolińska proponuje album pełen emocjonalnych półcieni – trochę wiosennego światła, trochę jesiennego zadumania, a wszystko przefiltrowane przez jej charakterystyczny, miękko melancholijny głos. Jej pop nie jest spektakularny czy krzykliwy. Raczej taki, który trzyma się człowieka długo po ostatnich dźwiękach. Jeśli szukacie smutnego girl popu w stylu Billie Eilish, “Przebłyski” powinny trafić na wasze playlisty.
2. Kasia Lins Obywatelka K.L.
Kasia Lins swoimi poprzednimi albumami udowadniała nam, że nie tylko świetna z niej wokalistka czy twórczyni specyficznego klimatu, ale i zręczna tekściarka. Teraz postanowiła przyjść na gotowe i wybrać swoje ulubione elementy dyskografii Grzegorza Cichowskiego (zarówno solo jak i z zespołu Republika). Jej “Obywatelka K.L.” to mroczna, teatralna płyta z pogranicza art popu i alternatywy, mocno osadzona w klimacie lat 80. i filmowego noir. Muzycznie jest to krążek oszczędny, ale gęsty od napięcia. Dużo tu syntezatorów, zimnych aranżacji i hipnotyzujących, niepozbawionych lekkiej teatralności wokali. To nie imitacja, to nowa jakość.
1. Taco Hemingway Latarnie wszędzie dawno zgasły
Tego nie było w moim bingo na 2025 rok. Nie mam tu na myśli tylko nowej płyty od Taco Hemingway’a (sądziłam, że jego jedyną aktywnością będzie występ w ramach Bittersweet), ale przede wszystkim albumu, który ponownie rozpali moją fascynację polskim raperem. Artysta projekt “Latarnie wszędzie dawno zgasły” zaprezentował dokładnie jedenaście lat po premierze świetnej epki “Trójkąt warszawski”, która dla wielu osób – w tym i mnie – pozostaje jego opus magnum. To nie przypadek. Nowość od Taco jest kontynuacją tamtej historii, powrotem do tamtych miejsc, emocji a przede wszystkim bohaterów. To nocny, ciężki album pełen cytatów, odniesień do starszej twórczości, kapitalnych bitów i sampli. Welcome back, Hemingway.
Nie mam żadnego ulubionego polskiego albumu z 202, ale tez nie słuchałam za dużo. Słuchałam albumu Dawida i Kaśki, ale niewiele już z niego pamiętam, Taco jeszcze w głowie siedzi, chociaż nie jest to mój ulubiony album rapera.
Pozdrawiam 😊