Can You Hear It – Kim Wilde “Catch as Catch Can” (1983) & “Teases & Dares” (1984)

Wydana w 1982 roku płyta “Select” zamiast ugruntować pozycję Kim Wilde w gronie największych nowych gwiazd brytyjskiego popu sprawiła, że jej następca nie był wyczekiwany z przesadnym entuzjazmem. Brakowało na niej hitu na miarę “Kids in America”, a samo brzmienie skręcało w stronę chłodniejszych, mniej radiowych aranżacji. Mimo to już po roku wokalistka gotową miała płytę numer trzy. A zanim się obejrzeliśmy, jej dyskografia powiększyła się o jeszcze jedno wydawnictwo.

Catch as Catch Can (1983)

Chłodny, narracyjny synth pop postaci “House of Salome” rozpoczyna w niezłym stylu przygodę z trzecim wydawnictwem Wilde. Piosenka ma w sobie coś porywającego, czego nie można powiedzieć o następującym po nim “Back Street Joe” będącym dość niemrawym ulicznym numerem. Swój balladowy moment Kim zalicza w “Stay Awhile” – piosence może chwilami ckliwej, ale za to bardzo autentycznej, pozostającej w stylistyce lat 80. i wzbogaconej saksofonem. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, iż gdyby numer ten trafił do kogoś o lepszym głosie, mówić byśmy mogli dziś o klasycznej, kultowej balladzie. Niczego za to nie brakuje zaskakującemu swą teatralnością i retro stylistyką “Love Blonde”, energicznemu “Dancing in the Dark” czy new wave’owo-rockowemu “Shoot to Disable” o agresywnych, szorstkich momentach. Duże oczekiwania miałam w stosunku do “Dream Sequence”, które brzmi jak elektroniczny eksperyment. Kosmiczny klimat jednak siada, gdy pojawiają się wokale. Słabszej jakości jest synth popowe nagranie “Can You Hear It”, które jednak pochwalić się może przyjemnym, rozmarzonym refrenem. Końcówka albumu to metaliczne “Sparks” ciekawie przecinane dęciakami, oraz gitarowy pop “Sing It Out For Love”, którego miękkie brzmienie nie przypomina niczego, co na “Catch As Catch Can” proponowała już artystka. Samej płyty słucha się nieźle, choć na uwadze trzeba mieć, że kompozycje Wilde nie przetrwały próby czasu. Kilka z nich to jednak niezłe bangery, które zasługiwały na większy rozgłos.

Teases & Dares (1984)

Nieco ponad rok po premierze “Catch As Catch Can” Brytyjka miała gotową płytę numer cztery. “Teases & Dares” przyniosło jedną zmianę – Wilde poczuła się na tyle pewnie, że zaczęła brać czynny udział w pisaniu i produkcji własnych utworów. Efekt? Hmm, spośród jej pierwszych wydawnictw te podoba mi się zdecydowanie najmniej. Sporo tu mało przebojowych synth popowych numerów, którym czasem brakuje fajnego hooku (“The Touch”), które romansują z mocniejszym graniem (soft rockowe “Is It Over”, “The Second Time”) czy powiewają chłodem (mechaniczne “Suburbs of Moscow”). Ciekawsze rzeczy dzieją się, gdy Wilde z tej synth popowej ścieżki zbacza. Warto przytoczyć tu popowe “Fit In” o girlsbandowych chórkach; żywiołowe, rock & rollowe “Rage to Love” (czy tak brzmiałby Elvis w latach 80.?) czy w końcu futurystyczne, elektroniczne “Bladerunner” – perełkę tego albumu. Jest to numer godny filmu sci fi, w którym robotyczny pierwiastek połączony został z emocjonalnymi wokalami Kim. Nieźle wypada też mroczniejsze “Shangri-La”, podczas gdy na swój sposób melancholijne “Thought It Was Goodbye” ni stąd ni zowąd wzbogacają dźwięki harmonijki. “Teases & Dares” miało potencjał (kilka nagrań już wylądowało w mojej wilde’owej topce), ale mam wrażenie, iż zabrakło odpowiedniego wykończenia, by po latach wciąż brzmiało to na jedną z ważniejszych płyt swojej epoki.

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *