RECENZJA: Lykke Li “The Afterparty” (2026) (#1693)

Czasy, gdy Lykke Li elektryzowała tłumy i bez wysiłku nadawała ton alt popowi, wydają się należeć do innej epoki. “The Afterparty” Szwedka wydaje z pozycji artystki, na której nie ciąży już presja wielkich komercyjnych oczekiwań. Nowym krążkiem, jak sama zapowiadała, wchodzi w swoją egzystencjalną erę. Wokalistka nie ucieka od mroku, tylko siada z nim przy jednym stole i stara się go oswoić. Mówi także, że to może być jej ostatni krążek. Dla mnie brzmi to na prowokację wobec słuchacza. Bo przecież mamy w zwyczaju rzucać się na to, co zaraz zniknie. Jak w takim razie wypada ta jej pożegnalna muzyka?

Ciężko na pewno powiedzieć, by Lykke Li jakoś bardzo się napracowała – na “The Afterparty” składa się zaledwie dziewięć piosenek, która dają zaledwie dwadzieścia pięć minut muzyki. W tym czasie artystka upchnęła m.in. chłodny synth pop (“Not Gon Cry”), przestrzenny, prędki elektropop o melancholijnym klimacie (“Happy Now”) czy elektropop o hipnotycznym bicie (“Sick Of Love”). Wpadającym w ucho dance popem wzbogacanym smyczkowymi motywami jest singiel “Lucky Again”. W idealnym świecie piosenka byłaby nie mniejszym hitem niż “I Follow Rivers”. Orkiestra w mniej radiowym wydaniu stanowi o sile sentymentalnej ballady “Famous Last Words” czy kameralnego, wyciszającego nagrania “Euphoria”. Instrumenty smyczkowe podbijają też klimat rozmarzonego, folkowego “So Happy I Could Die” oraz euforycznego, mocnego “Knife in the Heart”. 

“The Afterparty” jest płytą, którą Lykke Li nie próbuje nikogo szokować ani desperacko odzyskiwać dawnej pozycji. To raczej zbiór piosenek dokładnie takich, jakich można było się po niej spodziewać – melancholijnych, chłodnych, zdystansowanych. Najciekawiej wypadają momenty, gdy pod elektroniczną oszczędnością zaczynają przebijać się orkiestralne elementy. Smyczki i subtelne aranżacyjne dodatki wnoszą do tych kompozycji ludzki pierwiastek, dzięki któremu całość traci część charakterystycznego dla Lykke Li emocjonalnego chłodu. Jeśli rzeczywiście jest to pożegnanie, trudno wyobrazić sobie bardziej naturalny finał tej historii. Może i bez fajerwerków, ale z poczuciem, że artystka powiedziała dokładnie tyle, ile chciała.

Warto: Lucky Again & Euphoria

__________________

Youth Novels Wounded RhymesI Never Learn ♦ So Sad So Sexy ♦ EYEYE

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *