Relacja z koncertu Men I Trust

Nie należą do grona zespołów, które regularnie okupują listy przebojów, ale od kilku lat konsekwentnie budują swoją pozycję na koncertowych scenach Europy. Men I Trust jest przykładem kapeli, której popularności nie da się mierzyć wyłącznie streamingowymi rekordami czy pozycjami na listach przebojów. Znacznie więcej mówią pełne sale i oddana publiczność pojawiająca się na kolejnych występach. Koncert odbywający się 22 czerwca w warszawskiej Progresji był kolejnym dowodem na to, że kanadyjska formacja, mimo statusu artysty spoza mainstreamu, może liczyć w Europie na grono wiernych sympatyków.

Warszawski koncert był częścią europejskiej trasy promującej nie jeden, ale aż dwa albumy wydane przez Men I Trust w 2025 roku. Grupa miała za sobą pracowity rok oddając w nasze ręce kolejno “Equus Asinus” i “Equus Caballus”. Tworzą one spójny, dwuczęściowy projekt, w którym kanadyjska grupa rozwija swoje charakterystyczne brzmienie balansujące między dream popem, subtelną elektroniką i folkiem. Pierwsza część, “Equus Asinus”, potraktowana jednak została, ku mojemu zdziwieniu, od niechcenia. Usłyszeliśmy bowiem jedynie piosenkę “I Come With Mud”. Prawie w całości wybrzmiało zaś “Equus Caballus”, choć nie mogłam oprzeć się wrażeniu, iż zgromadzona w klubie Progresja publiczność żywiej reagowała na starsze numery Kanadyjczyków, a sam koncert rozpoczął się na nowo po elektryzującej (i bardziej, swoją drogą, elektronicznej) przeplatance złożonej m.in. z “Oncle Jazz”, “Norton Commander” i “Hard to Let Go”. Głośnymi aplauzami przyjęte zostały także takie numery jak “Say, Can You Here”, “Show Me How” a przede wszystkim w swojej koncertowej odsłonie mocniejsze niż w wersji studyjnej “Billie Toppy”.

Występy Men I Trust nie są wydarzeniami dla osób, które podczas koncertów lubią wyładować swoją energię. Zespół nie próbuje zamieniać swych utworów w rockowe widowiska. Jego koncerty opierają się na budowaniu atmosfery – spokojnym tempie, płynnych przejściach między utworami, subtelnych światłach i charakterystycznym, niemal hipnotycznym wokalu Emmanuelle Proulx, która sama w sobie była niczym promyk słońca.

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *