
Jeszcze na początku roku Bebe Rexha publicznie narzekała, że jej kariera ugrzęzła w martwym punkcie, zazdroszcząc chociażby Charli XCX i Sabrinie Carpenter, które wskoczyły do pierwszej ligi gwiazd mainstreamowego popu. Jej frustracja wobec wytwórni i sposobu prowadzenia kariery była zrozumiała. Przez lata dostarczała kolejne hity, ale trudno było nie zauważyć, że problem leżał również w samej muzyce. Bo choć Rexha wielokrotnie udowadniała, że potrafi pisać chwytliwe refreny, równie rzadko proponowała coś, co faktycznie wyróżniałoby ją spośród dziesiątek innych gwiazd popu. “Dirty Blonde” wydaje z pozycji niezależnej artystki. Czy tegoroczny krążek rzeczywiście jest przełomem, na jaki od lat tak niecierpliwie czeka?
Bez tytułowej histerii, ale w mocnym, gitarowo-EDM’owym stylu – taka jest kompozycja “Hysteria”, którą Bebe wita się ze słuchaczami. Piosenka jest nerwowym, prędkim numerem, który może się podobać. Nieźle brzmi i następujące po niej “Tokyo” – futurystyczny synth pop o wielkomiejskim klimacie. Bangerami są także trance popowe “New Religion” (choć tu robotę robią sample z “Insomnia” Faithless), hip hopowe “$.H.I.T” (kawałek kojarzy mi się z dokonaniami Doja Cat) czy w końcu klubowe “Çike Çike“, którym Rexha podkreśla swoje bałkańskie korzenie. I gdy już wydawałoby się, iż “Dirty Blonde” może dostarczać samych pozytywnych wrażeń, atmosfera siada, a samej artystce jakoś mniej się chce. Robi jeszcze kilka podejść do przeterminowego EDM (“The Way I Want You”, “Nobody’s There”, “Sad Girls”), nuży swoim muśniętym melancholią dance popem (“I Like You Better Than Me”, “Drink and a Little Love”) czy synth popem rodem z “Midnights” Taylor Swift (“One Day”). Zaskakuje ponownie w mroczniejszej balladzie “Night Falls” pozwalając melodii płynąć w równym tempie i oszczędzając nam nagłych zwrotów akcji w stronę cięższych bitów.
W tegorocznych wypowiedziach Bebe Rexhy pobrzmiewała frustracja i zazdrość w stosunku do koleżanek po fachu, którym udało się zawojować serca i uszy słuchaczy. Bo tam, gdzie inne wokalistki w ostatnich latach świadomie przebudowały swój wizerunek i brzmienie, Rexha wciąż pozostaje w trybie szukam własnego muzycznego języka zamiast jego definiowania. Rebranding nie jest dziś dodatkiem do kariery popowej – on stał się jej fundamentem. W przypadku Rexhy tego kroku zabrakło: nie tyle odwagi muzycznej, ile decyzji o tym, kim ma być i jak ma być zapamiętana. Dlatego nawet jeśli “Dirty Blonde” momentami brzmi pewniej i bardziej spójnie niż jej wcześniejsze krążki, wciąż nie przełamuje kluczowego problemu – braku wyrazistej tożsamości. To album, który chce wpisywać się w trendy, zamiast je tworzyć.
Warto: Çike Çike & Tokyo
___________________