Relacja z koncertu The Pussycat Dolls

Formacja, która między 2005 a 2009 rokiem była jednym z największych girlsbandów na świecie, przez cały okres swojej świetności omijała nasz kraj. Wtedy mogłyśmy co najwyżej oglądać ich teledyski w telewizji, tańczyć do “Don’t Cha” i marzyć, że kiedyś usłyszymy te wszystkie hity na żywo. Dziś The Pussycat Dolls są już trochę reliktem przeszłości. Tyle że jest to relikt wyjątkowo przyjemny – złożony z oryginalnych hitów, świetnych teledysków, charakterystycznych choreografii i piosenek, które mimo upływu lat wciąż potrafią natychmiast przenieść nas do pierwszej dekady XXI wieku. Milenijna muzyka forever. I wreszcie, po tylu latach, Pussycat Dolls pojawiły się w Polsce.

Z oryginalnego, sześcioosobowego składu The Pussycat Dolls zostały dziś trzy “lalki”: Nicole Scherzinger, Kimberly Wyatt i Ashley Roberts. Można więc powiedzieć, że w Warszawie dostaliśmy połowę tego składu, do którego lata temu zdążyliśmy się przyzwyczaić. Z jednej strony to oczywiście spora różnica, zwłaszcza gdy pamięta się grupę w jej najbardziej rozpoznawalnej formie. Z drugiej jednak trudno odmówić tej trójce scenicznej energii i świadomości tego, po co wyszły na scenę: żeby przypomnieć, dlaczego PCD były kiedyś jedną z największych popowych girlsbandowych marek.

Dziewczyny wskoczyły na scenę przy dźwiękach “When I Grow Up” – przeboju, który w 2008 roku zapowiadał album “Doll Domination”. I trudno było o lepszy początek. Już po pierwszych taktach Torwar dostał dokładnie to, na co czekał: spektakularne choreografie, niezłe widowisko i zestaw piosenek, które dla wielu osób są muzycznym wehikułem czasu. Całe show opierało się przede wszystkim na materiale z dwóch płyt. I właśnie taki zestaw bardzo dobrze pokazuje, jak mocny był wtedy katalog PCD. Co singiel to mniejszy lub większy banger: “Beep”, “I Don’t Need a Man”, “Buttons”, “Wait a Minute”, “I Hate This Part”, “Whatcha Think About That”, “Stickwitu” czy zostawione na sam koniec “Don’t Cha”. Nie musiały trudzić się z budowaniem napięcia. Wystarczyło zwinnie przejść do kolejnego hitu. 

Przez lata The Pussycat Dolls mierzyły się z zarzutem, że trudno właściwie nazywać je girlsbandem, skoro wokalnie ciężar spoczywał na Nicole Scherzinger, a pozostałe dziewczyny pełniły przede wszystkim funkcję jej chórków i tancerek. Trasa PCD Forever postanowiła rozprawić się z tą krytyką. Każda z trzech obecnych na scenie lalek dostała własny, mały segment, w którym mogła pokazać się bez Nicole u boku. I chyba właśnie te fragmenty najlepiej obnażyły, dlaczego lata temu tak bardzo fascynowaliśmy się Scherzinger. Set Kimberly, złożony z trzech autorskich piosenek i coveru “I Love It” Icona Pop, oraz występ Ashley (rzewna ballada i taneczny fragment do utworów Beyoncé i Ariany Grande) miały swój urok, ale trudno było nie zauważyć różnicy, gdy na scenę wracała Nicole. Scherzinger zachwyciła musicalową balladą “As If We Never Said Goodbye”, a później przypomniała swoje solowe hity, między innymi “Don’t Hold Your Breath” i “Wet”. Po latach można powiedzieć o nich jedno: to też bangery.

Pozycja Nicole w grupie najmocniej widoczna była przy okazji małej wpadki – “Buttons” rozpoczęło się bez jej udziału, a pozostałe dziewczyny zamiast pokazać, na co je stać, wyglądały na zagubione i dośpiewywały pojedyncze słowa. Sporo o tej sytuacji w polskich mediach, lecz nie popsuła ona całego odbioru występu. Dla mnie była to piękna podróż w czasie do nastoletnich lat, a forma, w jakiej są PCD, może zadziwić.

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

3 komentarze do “Relacja z koncertu The Pussycat Dolls”

  1. Zgadzam się, dla mnie koncert absolutnie fantastyczny. W ostatnich latach zaliczyłem dość dużo koncertów z serii “Nostalgia”, ale powiem szczerze, że żaden z tych koncertów nie ujął mnie jak ten. Ich hity mają ogromną moc!

    1. Ja dopiero podczas tego koncertu zdałam sobie sprawę, ile one miały przebojow mając na koncie tylko 2 cd. Nie było tu absolutnie żadnych zapychaczy (no może poza solówkami 😉 )

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *