#548 Kings of Leon “Mechanical Bull” (2013)

Można ich uwielbiać. Można rozbić radio po usłyszeniu pierwszych taktów „Use Somebody”. Trzeba jednak przyznać, że obok amerykańskiej grupy Kings of Leon nie da się przejść obojętnie. Rodzina Followillów pod koniec 2011 roku ogłosiła, że robi sobie przerwę. Zarówno od występowania, jak i nagrywania. Decyzja ta nijak mnie nie zaskoczyła. W końcu Caleb i spółka czas spędzali ze sobą nie tylko podczas pracy, ale i spotykali się w wolnych chwilach. Cóż, w końcu są rodziną. I to nie taką, z którą dobrze wychodzi się jedynie na zdjęciach.

Kings of Leon podczas obmyślania nowych utworów musieli mieć spory dylemat. Czy znów celować w listy przebojów nośnymi, chwytliwymi przebojami w stylu „Sex on Fire”, czy też raczej przypomnieć starszym fanom, za co ten amerykański zespół polubili. Efekt? Lądowanie po środku. Kapela zdała się w pewnym stopniu zapomnieć o przełomowym w ich karierze „Only By the Night”. Nie przesadza też z odświeżaniem garażowego, brudnego brzmienia takich płyt jak „Youth and Young Manhood” czy „Aha Shake Heartbreak”. Nie straszy również, że po sesji nagraniowej do dość nużącego „Come Around Sundown” zostało jej kilka kompozycji. „Mechanical Bull” to wydawnictwo, które kreuje nowy obraz Kings of Leon, nie dając nam jednocześnie zapomnieć, z jakim zespołem mamy w ogóle do czynienia.

Nie bardzo wiem, czym zespół kierował się przy ustalaniu tracklisty. Najlepsze piosenki trafiły bowiem na sam początek płyty. Otwierające album nagranie “Supersoaker” tylko to potwierdza. Zapadająca w pamięć chwytliwa melodia zestawiona z równym rytmem perkusji i gorączkowym wokalem Caleba przekłada się na bardzo udaną, porywającą tłumy kompozycję. Koncertowo prezentuje się także kolejna perełka – “Rock City”. Jednak areny zamieniamy tym razem na knajpki. Kings of Leon grają, ty obserwujesz ich znad kufla piwa. Czego chcieć więcej? Zwycięski marsz kontynuują następne dwa utwory. Mocne, konkretne “Don’t Matter” przywodzi na myśl pierwsze płyty grupy, a gitarowa solówka, choć dość prosta, zasługuje na uznanie. Samych siebie zespół przechodzi jednak w oszczędnej, lecz niesamowicie emocjonalnej balladzie “Beautiful War”. Słowa

I said “love don’t mean nothing, unless there’s something worth fighting for” (PL: Mówię, miłość nic nie znaczy, chyba, że jest coś, o co warto walczyć)

z pewnością poruszą każdego. Nie tylko romantyka.

Z dalszej części albumu jeszcze tylko dwie kompozycje podbiły moje serce. Od dawna jestem fanką radosnego, bujającego “Family Tree”, które przez swój funkowy klimat nie przypomina niczego, co dotąd zespół nagrał. Wielkim atutem jest chóralne wykończenie tego numeru, które zachęca do wspólnego podśpiewywania. Nie mogę uwolnić się także od porywającego, delikatnego i nieco folkowego “On the Chin”.

Pozostałe piosenki, które weszły w skład podstawowej wersji “Mechanical Bull”, bólu uszu nie powodują. Są jednak… do bólu zwyczajne. Przyjemne, idealne do posłuchania podczas rowerowej wycieczki (wiosna idzie, soundtrack na dwa kółka jak znalazł), ale nic nowego nie wnoszące. “Temple”, “Tonight” czy “Coming Back Again” to poprawne, głośne utwory. Największą siłą spokojniejszego, wygładzonego “Wait For Me” jest jego prostota i naturalność. Rzewne “Comeback Story” wyróżnia się niezłą smyczkową sekcją, która najbardziej słyszalna jest pod koniec numeru.

Album „Mechanical Bull” jest ze mną od chwili swojej premiery. Zdążyłam już nie tylko dość dobrze go poznać, ale i sprawdzić jego koncertowy potencjał, udając się na Orange Warsaw Festival 2014. Nowe piosenki zespołu nie są tak hałaśliwe i nie porażają taką energią, jak wiele poprzednich (m.in. „My Party”, „Wasted Time”), ale nie sposób odmówić im dojrzałości, która jest efektem naturalnej ewolucji zespołu. Płyta „Mechanical Bull” nie jest najlepszym krążkiem Kings of Leon. Jest dobrze, lecz może być lepiej. Grunt, że zetknięcie z nią nie kończy się jak szalona przejażdżka na tytułowym mechanicznym byku.

12 odpowiedzi do “#548 Kings of Leon “Mechanical Bull” (2013)”

  1. Hej. No więc chciałem powiedzieć, że przy twórczości Kings of Leon da się jednak przejść obojętnie. Od lat robię dokładnie to, niezależnie od sukcesów, które odnoszą ich single i, póki co, nie czuję, żebym coś stracił. Nie wiem dlaczego, ale po prostu nic mnie nigdy nie zachęciło do zgłębienia ich twórczości. Pozdrawiam 🙂

  2. Szczerze? 😀
    To ja pierwszy raz słyszę o Kings Of Leon 😮
    Niemniej jednak bardzo zaskoczyli mnie swoją twórczością 🙂
    Świetna recenzja 🙂

    mlwdragon.blogspot.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *