#611 Editors “In Dream” (2015)

Editors powracają. Taki komunikat poszedł w świat niecały roku temu, kiedy brytyjska kapela rozpoczęła swoją przygodę z Instagramem od wrzucenia kilku zdjęć zrobionych podczas pracy nad nowymi nagraniami. Potem przyszła kolej na single, ogłoszenie wielkiej trasy koncertowej (grupa zahaczy także o Polskę, grając w grudniu w Poznaniu i Warszawie) i – na co wszyscy czekali – ujawnienie tytułu i daty premiery nowej, piątej już płyty. Tylko… czy Editors to wciąż ci sami dobrzy Editors? Czy nowy album nie sprawi, że grono fanów Brytyjczyków nagle zmaleje?

Dowodzony przez Toma Smitha zespół nigdy nie ukrywał, że nie interesuje go podążanie tą samą wydeptaną ścieżką. Dlatego też zawsze z taką niecierpliwością czeka się na każdy nowy krążek kapeli. Takich nagłych zwrotów w karierze Editors było już kilka. A to indie rockowe granie znane z “The Back Room” czy “An End Has a Start” zmieszano ze sporą dawką zimnej, surowej elektroniki (album “In This Light and on This Evening”), a to zaprezentowano delikatną balladę “What Is This Thing Called Love”, w której głos Toma przechodzi w falset. Nowym rozdziałem jest także “In Dream”.

Należę do osób, które Editors zachwyciły się za sprawą wydanego dwa lata temu “The Weight of Your Love”. Płyta towarzyszyła mi bardzo długi czas, a takie piosenki jak “The Weight”, “Hyena” czy “The Phone Book” na stałe weszły do grona moich ulubionych nagrań. “In Dream” brzmi nowocześniej od swojego poprzednika i jeszcze mroczniej od “In This Light and on This Evening”. Zespół ponownie zapuszcza się w elektroniczne rejony, prezentując nam granie zimne, smutne i posępne.

Album otwiera piosenka “No Harm”, która zachwyciła mnie od pierwszego usłyszenia. W tym świetnie zaśpiewanym, dość surowym nagraniu romantyzm miesza się z melancholią, czyniąc z kompozycji najlepszą tegoroczną propozycję Editors. “No Harm” kontrastuje z kolejnym utworem – pełnym tanecznego błysku i zaopatrzonym we wpadający w ucho refren “Ocean of Night”. Potupać nóżką można także w rytm “Forgiveness”, w którym najwięcej uwagi przyciągają jednak śpiewająco-recytujący Tom oraz gitarowe riffy, sprawiające, że na chwilę przenosimy się w czasie do starszych nagrań grupy.

“Salvation” jest jednym z highlightów albumu “In Dream”. Delikatne, ale nie pozbawione pewnej tajemnicy zwrotki prowadzą nas do kapitalnego, syntetyczno-orkiestrowego a przede wszystkim wykonanego z rozmachem refrenu. Piosence tej nie szczędzę pochwał, którymi nie mogę nagrodzić kolejnego numeru – przebojowego, ale zbyt banalnego “Life Is a Fear”. Zawodzi niestety wykonanie. O ile zazwyczaj Smitha chce się słuchać, tak tu uważam go za najsłabsze ogniwo tej kompozycji. Ten śpiewany falsetem refren? Nie… coś nie wyszło.

Drugą część płyty rozpoczyna piosenka, jakiej Editors jeszcze nie mieli. Elektroniczne, nieco senne “The Law” jest pierwszym numerem zespołu, w którym pojawia się gość – śpiewająca marzycielskim głosem Rachel Goswell. Udana współpraca. Na chwilę rozbudzają nas czerpiące z synthpopu “Our Love” oraz niczym specjalnym się nie wyróżniające, ale brzmiące podejrzanie optymistycznie “All the Kings”; byśmy za chwilę znów przenieśli się do innego świata za sprawą ambientowej ballady “At All Cost”. Zamykająca album prawie ośmiominutowa kompozycja “Marching Orders” to popis niezłego, mocniejszego grania. Ależ to będzie wybrzmiewać na koncertach!

Trafiłam kiedyś na pogląd, że wydany rok temu album Coldplay “Ghost Stories” to raczej solowy projekt Chrisa Martina niż płyta całego zespołu. Podobną opinię sformułować można o “In Dream”, nazywając krążek debiutanckim solowym dziełem Toma Smitha. Zdanie to wspiera nawet okładka – pierwsza, na jakiej widnieje któryś z członków Editors. Tak czy inaczej mamy porcję dziesięciu po prostu dobrych (a momentami nawet mistrzowskich) nagrań, które pokazują nam, że Brytyjczycy chcą się rozwijać i eksperymentować. “In Dream” to ich wycieczka w świat snów, zarówno tych dobrych, jak i nieprzyjaznych. Chętnie zanurkuję razem z nimi.

4 odpowiedzi do “#611 Editors “In Dream” (2015)”

  1. Szczerze? Nie słyszałam wcześniej o tym zzespole, ale przyciągnęły mnie okładki ich płyt. Jak magnes. Potem doszła muzyka. Prawdopodobnie zostanę przy nich na dłużej. Fajnie jest odkryć z Twojego bloga coś nowego dla siebie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *