#693 No Doubt “Tragic Kingdom” (1995)

Do trzech razy sztuka. O prawdziwości tego powiedzonka przekonała się amerykańska grupa No Doubt z charyzmatyczną Gwen Stefani na wokalu. Imienny debiut kapeli przepadł tak szybko, jak się pojawił. Na drugie wydawnictwo – “The Beacon Street Collection” – grupa sama musiała wyłożyć fundusze (samodzielnie go produkując i rejestrując w domowym studiu). Niezłe recenzje i ponad stutysięczna sprzedaż sprawiła, że ponownie No Doubt zainteresowała się duża wytwórnia, wierząc w ich trzecie dzieło i opłacając sesje nagraniowe. Pieniądze szybko się zwróciły, bo przyjęcie “Tragic Kingdom” przeszło najśmielsze oczekiwania.

Wydany w drugiej połowie 1995 roku album nie był, w przeciwieństwie do dwóch poprzednich, produkowany przez zespół. W tworzeniu utworów palce maczał Matthew Wilder – muzyk i kompozytor, szukający dla siebie miejsca w przemyśle muzycznym po komercyjnych klapach trzech własnych płyt.

“Tragic Kingdom” nie od razu zdobyło rozgłos. Chociaż płyta ukazała się w październiku 1995 roku, na amerykańskiej liście bestsellerów Billboard 200 swoją obecność zaznaczyła dopiero na początku kolejnego roku, osiągając szczyt zestawienia przeszło rok po premierze albumu. Udało się to dzięki pomocy paru singli, które stały się przebojami. Dziś szacuje się, że trzeci krążek No Doubt w domach ma ponad szesnaście milionów osób.

Przybliżanie zawartości płyty postanowiłam zacząć od singli, bo chociaż wydano ich aż siedem, nie wszystkie zostały przez publiczność zapamiętane. “Just a Girl” to rozpędzone, utrzymane w jednym tempie punk rockowe nagranie. Nie mniej energii niosą w sobie “Spiderwebs” (wsparta dęciakami kompozycja o nieznacznym zabarwieniu reggae); szalone, lekko teatralne “Excuse Me Mr.” oraz bardziej zwracające uwagę warstwą muzyczną (te gitary!) niż wokalizami Gwen “Happy Now?”. Nieco mniej dynamicznymi utworami są romansujące z reggae, bardzo przyjemne “Sunday Morning” i alternatywno-rockowe “Hey You!”. Najbardziej zaskakuje “Don’t Speak”. Ta soft rockowa ballada o mocniejszym refrenie jest (a co!) najlepszą piosenką zespołu i jedną z (piosenkowych)muzycznych ikon lat 90.

A co skrywa niesinglowa część albumu? Grupa oddaje w nasze ręce kompozycję “Different People”, która charakteryzuje się melodyjnymi zwrotkami i wyraźnie zarysowanymi partiami gitar elektrycznych. Całość jednak męczy i nie zachwyca. Moją cierpliwość także lekko nadwyręża kompozycja “The Climb”. Skrócenie jej o połowę byłoby dobrym pomysłem, bo już pierwszy refren (nieco zbyt patetyczny) potrafi rozproszyć i odebrać przyjemność z dalszego odkrywania nagrania. Warto za to zwrócić uwagę na rozbuchane, punkowe “Sixteen” i dwa celujące w lżejsze tony, ale za to przybliżające nam stylistykę ska numery “You Can Do It” i “World Go ‘Round”. Oba zamykające album utwory (alternatywno-rockowe “End It On This” i zawierające teatralny pierwiastek “Tragic Kingdom”) nie przynoszą nic nowego, choć druga z nich należy do najlepszych momentów trzeciego albumu No Doubt.

Mówi się, że “Tragic Kingdom” jest najważniejszą płytą w twórczości amerykańskiej kapeli. Patrząc na jej przyjęcie i wkład w kulturę tamtych lat ciężko się z tym nie zgodzić. Ja jednak chętniej wracam do ich debiutu, który może i jest mniej dopracowany czy wyszlifowany, ale za to ciekawszy i chwilami uroczo nieporadny. Na “Tragic Kingdom” No Doubt chcieli wcisnąć za dużo piosenek. Skrócenie albumu o trzy-cztery kompozycje wyszłoby na dobre.

5 Replies to “#693 No Doubt “Tragic Kingdom” (1995)”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *