#827 Paramore “After Laughter” (2017)

Dobrze pamiętam czas, kiedy amerykańska formacja Paramore zdobyła popularność na całym świecie. Film “Zmierzch”, do którego stworzyli bardzo udany utwór “Decode”, był wielkim hitem, choć nie przetrwał próby czasu i dziś mało kto przyznaje się do kibicowania wystawianemu na wiele prób związkowi dziewczyny i wampira. Swoich fanów wciąż mają za to Paramore, którzy w połowie 2017 roku powrócili z piątą studyjną płytą. “After Laughter” to comeback po wielu trudach, kłótniach, personalnych zmianach w zespole. Czy po takiej przejażdżce rollercoasterem emocji da się nagrać dobry, sensowny materiał?

Po pierwszym spotkaniu z nową płytą amerykańskiej formacji nie sposób nie pomyśleć, iż “After Laughter” jest zupełnie nowym rozdziałem muzycznej kariery Hayley Williams i spółki. Zespół sprawia wrażenie, jakby zapomniał o swoich emo-pop-punkowych korzeniach. Mocniej odcina się także od dojrzalszego rocka, z którego uczynił stabilną podstawę albumu “Paramore” z 2013 roku. Co otrzymujemy w zamian? Grupa zabiera nas w podróż do kolorowych, lekko kiczowatych lat 80. i zaczyna spacer po new wave’owo-synth popowych terenach. Gitarowych motywów jest tu jak na lekarstwo, lecz przebojowość wielu kompozycji sporo wynagradza.

Takiego otwarcia każdy artysta może sobie tylko życzyć. Zabarwione dyskotekowym bitem “Hard Times” jest jedną z najbardziej chwytliwych piosenek ubiegłego roku i jednym z najmocniejszych punktów dyskografii Paramore. Nie mniej przebojowym numerem jest następujące po niej “Rose-Colored Boy”, w którym w towarzystwie synth popowych melodii Hayley wyrzuca z siebie wyznania just let me cry a little bit longer, I ain’t gon’ smile if I don’t want to. Słabszym – choć pokazującym, jak grupa sprawdza się w lekko funkowym klimacie – nagraniem jest “Told You So”, które wokalistka zadedykowała osobom, które tylko czekają na jej potknięcia. Do swoich kolegów z zespołu skierowała słowa kolejnej kompozycji, jaką jest spokojniejsze, kalifornijskie “Forgiveness”. To nie jedyna balladowa piosenka na “After Laughter”. Warto zwrócić uwagę na akustyczno-smyczkowe “26” (przypominające takie starsze numery kapeli jak “Misguided Ghosts” czy “The Only Exception”) oraz zamykające krążek, nowoczesne, zaaranżowane na pianino “Tell Me How”.

Z pozostałych nagrań najbardziej intryguje “No Friend”. To jedyna kompozycja Paramore, w której nie słychać Hayley. Zamiast jej czystych wokali mamy melorecytującego Aarona Weissa z zespołu MewithoutYou. Utwór odstaje od pozostałych, zwracając uwagę swoją mroczną atmosferą i post hardcore’owym wydźwiękiem. Warto sięgnąć także po z początku melancholijne i akustyczne “Fake Happy”, które przeobraża się w dalszej części w jeden ze skoczniejszych punktów albumu, oraz zabarwione nutką ska “Caught in the Middle”. Słabsze wrażenie zostawiają po sobie “Pool”, “Grudges” i “Idle Worship”.

Roześmiany tytuł. Okładka pełna jasnych, optymistycznych barw. Lekkie, przyjemne melodie. Wydawać by się mogło, że “After Laughter” jest krążkiem bardzo radosnym, celebrującym życie czy młodość. Paramore postawili jednak na kontrast: niby tańczymy do ich premierowych utworów, lecz po chwili docierają do nas poszczególne wersy i zdajemy sobie sprawę, że istnieje też coś takiego jak śmiech przez łzy. Ta sprzeczność bardzo mi się podoba, bo nie jest mi obca. W końcu każdy z nas czasem udaje, że wszystko jest w porządku. A muzycznie? “After Laughter” jest płytą krótką, ale treściwą. Nieco w połowie zaczynającą nużyć, ale udowadniającą, iż Paramore mają ochotę na kombinowanie z własnym brzmieniem. Ciekawa jestem, jaki rozdział dopiszą do swojej historii następnym razem.

Warto: Hard Times & No Friend

8 odpowiedzi do “#827 Paramore “After Laughter” (2017)”

  1. Wyjątkowo mi się ta płyta nie podoba. Aż myślałem, że jestem jakiś uprzedzony, więc posłuchałem, ale tak naprawdę spodobało mi się tylko “26”. Trochę za mało, chociaż warto było ten utwór odkryć mimo wszystko.

    1. Na całe szczęście dla artystów każdy ma inny gust, dlatego zawsze znajdą swojego odbiorcę. Mi “After Laughter” spodobało się niemal w 100 %. Transformacja Paramore zaskoczyła mnie na zdecydowany plus. I oprócz “No Friend”, kupuję powyższą płytę w całości.

      Pozdrawiam i zapraszam na moją stronę muzyki. 🙂

  2. Od czasu szału na nich jakoś przestałam ich słuchać.Moja fascynacja szybko minęła..przesłucham płytę,jestem ciekawa tych niby wesołych utworów i tej sprzeczności 🙂

  3. Nie zdążyłam przesłuchać tej płyty w ubiegłym roku, ale muszę nadrobić zaległości, bo “Hard Times” bardzo mi się podoba, a Twoja recenzja tylko zachęciła mnie do przesłuchania. Co ciekawe, stara twórczość Paramore nigdy mi nie imponowała, ale ostatnio obejrzałam jakiś ich stary teledysk i westchnęłam, bo tamte czasy już nie powrócą…
    U mnie nowy wpis, zapraszam i pozdrawiam.

  4. Wolę dawne Paramore. Tutaj też mogę znaleźć coś dla siebie, ale nie będzie to płyta, do której będę często wracała.

  5. Nigdy nie przepadałam za Paramore, lubiłam tylko piosenkę “Still Into You” czy jakoś tak. Ale może kiedyś przyjdzie czas na ten krążek.
    Zapraszam na nowy wpis. 🙂
    Pozdrowienia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *