#866 The Carters “Everything Is Love” (2018)

Tym razem nie było większej niespodzianki, nawet jeśli płyta ta ukazała się bez wcześniejszej zapowiedzi. The Carters to nie kto inny jak Beyoncé Knowles i Jay Z – power couple, która od lat nie schodzi z ust melomanów i plotkarzy. I, takie odnoszę wrażenie, właśnie dla tych drugich powstał ten album. By przekonać ich, że Queen Bee i Jay Z są zgodnym, szczęśliwym małżeństwem, które trudne czasy ma już za sobą. Ile w tym prawdy a ile… marketingu?

O wspólnej płycie Beyoncé  i Jay’a Z słyszeliśmy już od paru lat. Jak mogłoby być inaczej, skoro niemalże od samego początku XXI wieku współpracują ze sobą nadzwyczaj często, czasem z lepszym (“Déjà Vu”, “Drunk in Love”, “03 Bonnie & Clyde”), czasem gorszym (“Crazy in Love”, “Upgrade U”, “Top Off”) skutkiem. Długo jednak newsy o wydawnictwie Carterów było wkładane między bajki. Aż do chwili startu trasy On the Run II.

Największą bolączką “Everything Is Love” jest fakt, iż płyta ta jest niezwykle przewidywalna. Wyraziste, często gangsta rhythm’and’bluesowo-hip hopowe podkłady. Mocne, nieprzekrzyczane wokale Beyoncé. Poprawne nawijki Jay’a Z (nigdy nie uznawałam go za wybitnego rapera i nikt ani nic mojego zdania nie zmieni). No i teksty napisane z perspektywy osób, które wiele przeszły, wychodząc z każdej potyczki (głównie ze złośliwą prasą) silniejszymi, przekonywujące dodatkowo o sile miłości. Tego spodziewać się można było po wydawnictwu Carterów. I właśnie to otrzymaliśmy.

“Everything Is Love” rozpoczyna najlepsza kompozycja z tego niewielkiego zbioru. Oldskulowe, niespieszne “Summertime” jest idealną propozycją na ciepłe, lipcowe wieczory, prowadzoną przez przyjemne wokale Knowles. Mój entuzjazm szybko opada przy agresywnym, trapowym “Apeshit”, które potrafi zatrzymać na sobie moją uwagę przez niecałe dwie minuty. Potem zaczyna lekko irytować, choć rapująca Beyoncé może się podobać. Powrotem lżejszych w odbiorze brzmień jest wsparte dęciakami, zarozumiałe “Boss” (my great-great-grandchildren already rich. That’s a lot of brown children on your Forbes list). Dobrze prezentują się jednostajne “Nice” oraz zostające w pamięci “713”. W obu inicjatywę przejmuje Jay Z, ale to wstawki wokalistki dodają tego specyficznego smaku.

Spokojniejsze, oszczędne “Friends” lepiej wypada tekstowo (traktuje o tym, że przyjaźń jest ważna w życiu każdego człowieka, nawet globalnej gwiazdy) niż muzycznie. Nie przekonuje mnie także podbite delikatnie tanecznym rytmem, nudne “Heard About Us”. Ciekawe rzeczy dzieją się pod koniec albumu. Optymistyczne “LoveHappy” jest dialogiem małżonków, którzy rozpracowali swoje problemy i są gotowi na nowy, szczęśliwy rozdział. Sporo w tym uroku i nieoczywistego romantyzmu. Warto zerknąć na gniewne “Black Effect”, w którym Carterowie z dumą obnoszą się kolorem swojej skóry, robiąc to w towarzystwie sampli z kompozycji jednego z rockowych zespołów lat 60. (japońskiego Flower Travellin’ Band) i gościnnych, poruszających chórków w wykonaniu niejakiej Lenory Antoinette Stines.

Beyoncé i Jay Z stanowią dość dziwną z medialnego punktu widzenia parę. Nie opowiadają o swoim życiu prywatnym w wywiadach, a konta w mediach społecznościowych nie są wypełnione zdjęciami pokazującymi życie codzienne Carterów. W ich przypadku reality show zastępuje sama muzyka. Na “Lemonade” Beyoncé oskarżała męża o zdradę. Na “4:44” on przyznaje się, że nie zawsze był wierny swojej żonie. Zakończeniem tej telenoweli jest “Everything Is Love”. I chociaż od lat towarzyszy mi wrażenie, że miłość pomiędzy Carterami jest tylko na pokaz, otrzymując znakomitą muzykę chętnie przymknęłabym na to oko. Ich wspólny album pozostawia jednak niedosyt. Niby każdej piosenki pojedynczo słucha się całkiem nieźle, w zestawie potrafią zmęczyć. “Everything Is Love” jest krążkiem wymuszonym. Tak jak uczucie między dwojgiem bohaterów?

Warto: Summertime & 713

4 odpowiedzi do “#866 The Carters “Everything Is Love” (2018)”

  1. Mam podobne odczucia,niby piosenki spoko,ale całości już aż tak fajnie mi się nie słucha. Zdecydowanie wolę już sięgać po Lemonade 😉

  2. Faktycznie “Summer” jest jedną z lepszych produkcji z płyty. Osobiście najbardziej cenię sobie “Apeshit” gdyż mimo, że płyta równa to jest to najbardziej wybijający się singiel. Jego “agresja” jak dla mnie tylko na plus. Najszybciej wpadł mi w ucho. Całościowo jednak krążek może zanudzić, bo brakuje mu różnorodności i to największa bolączka “Everything Is Love”.

    Nie wydaje mi się, aby zdrada Jay-Z była pod publikę oraz dobrym materiałem na nagranie płyty i uzyskanie rozgłosu. Obydwoje swoje życie traktują bardzo prywatnie, o czym sama piszesz. W wywiadach zresztą obydwoje mówią, że przelanie emocji na papier, muzykę było ich sposobem na poradzenie sobie z kryzysem w związku i kurczę ja im wierzę. Czy nie tak właśnie robią artyści? 🙂

    Pozdrawiam!
    https://songarticles.wordpress.com/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *