#865 Lily Allen “No Shame” (2018)

Na początku wokalnej kariery Lily Allen była jedną z najbardziej kontrowersyjnych kobiecych postaci brytyjskiej sceny muzycznej, o której prasa uwielbiała się rozpisywać. Z biegiem czasu media znalazły sobie inne ofiary, a szum wokół każdego kolejnego kroku artystki ucichał. I chociaż nieobce mi jest przeglądanie plotkarskich portali, o rewolucji w prywatnym życiu Lily dowiedziałam się dopiero z jej czwartej studyjnej płyty, “No Shame”. Tak szczera Allen z nami jeszcze nie była.

Historia zna już takie przypadki – złamane serce inspiruje artystów od wieków. Brytyjka ostatnich paru lat nie może zaliczyć do udanych. Rozpadło się bowiem jej małżeństwo. To właśnie temu wydarzeniu poświęcona jest znaczna część wydawnictwa, choć Lily zdarza się zaśpiewać o tym, jak nieperfekcyjną matką jest dla swoich dzieci czy przyznać, że różne używki były obecne w jej życiu. Nie tylko z lirycznego punktu widzenia mamy tu prawdziwy efekt katharsis. Także muzycznie Lily sobie odpuszcza, zdejmując kolejne warstwy i stawiając na minimalistyczne, popowo-elektroniczne brzmienie.

I’m a bad mother, I’m a bad wife. You saw it on the socials, you read it online śpiewa Allen w refrenie otwierającej wydawnictwo piosenki “Come On Then”, niejako wylewając swoje żale na ludzi, którzy – nie znając jej – krytykują i wydają krzywdzące opinie. Sama piosenka niezbyt zachwyca, ale zwraca uwagę lekkim smutkiem wyczuwalnym w głosie wokalistki. Bardziej podoba mi się następujące po niej hip hopowo-popowe, chillujące “Trigger Bang” (feat. Giggs), które na długo zostaje w pamięci. Delikatne wpływy hip hopu w wykonaniu wyczuwalne są także w solowym “What You Waiting For?”. Jego elementy – w bardziej jednak wakacyjnym, jamajskim duchu – przemyca do “Your Choice” Burna Boy. To bardzo ładna piosenka, w której Allen przyznaje, że udało jej się osiągnąć wewnętrzny spokój. Wspomniani Burna Boy i Giggs nie są jedynymi gośćmi na albumie. “Waste” – urocze, przywodzące na myśl album “Alright, Still” nagranie – zawiera bojową wstawkę Lady Chann. Kompozycja jest jednym z lepszych momentów krążka. Wartymi uwagi utworami są także “Higher”, “Apples”, “Three”, “Family Man” i “Cake”.

Trzy pierwsze piosenki są balladami. Zarówno “Higher”, jak i “Apples” (w którym to numerze Brytyjka bierze na siebie winę za rozpad związku), oparte są głównie na brzmieniu gitary akustycznej oraz wysuwają na pierwszy plan wysoki głos artystki. Zaaranżowane na pianino “Three” (utwór napisany z perspektywy dzieci Lily; you say you love me when you walk right out the door) jest najsmutniejszym punktem “No Shame”. Największe wrażenie robi jednak wyprodukowane przez Marka Ronsona “Family Man” – emocjonalne, potężne (jak na standardy tej płyty) nagranie, mogące kojarzyć się z twórczością Duffy czy Palomy Faith. Światełkiem w tym tunelu negatywnych przemyśleń jest rhythm’and’bluesowe “Cake”, w którym Allen pokazuje środkowy palec patriarchatowi. Niezłe wrażenie robią także kołysankowe, rozbrajające “Everything to Feel Something” oraz żartobliwe, choć nieco infantylne “My One”. Nie jestem za to fanką ginącego w tłumie “Pushing Up Daisies” i męczącego “Lost My Mind”.

Kontrowersyjne, sarkastyczne teksty od chwili premiery “Alright, Still” były sporym atutem Lily Allen i elementem twórczości wyróżniającym wokalistkę z grona podobnych pop-artystek. Na “Sheezus” w warstwę liryczną wkradła się jednak spora przesada, zamknięta w tabloidowych obserwacjach Brytyjki. Przygotowując “No Shame” Lily spiłowała pazurki, nie wyzbywając się charakterystycznego dla siebie poczucia humoru, choć przyznać trzeba, że tym razem mamy śmiech przez łzy. Mimo wszystko czwarty krążek Allen nie należy do depresyjnych, smutnych wydawnictw. Wiele tu jasnych, wiosennych brzmień, które naprawdę mogą się podobać. “No Shame” słucha się zaskakująco przyjemnie. Lily Allen nie ma się czego wstydzić, a jej dzieło już teraz ubiegać się może o miano jednej z lepszych pop płyt 2018 roku.

Warto: Waste & Three & Family Man

4 odpowiedzi do “#865 Lily Allen “No Shame” (2018)”

  1. CUDOWNA RECENZJA. JA WCIĄŻ CZASEM PŁACZE SŁUCHAJĄC THREE A JESZCZE BARDZIEJ HIGHER.
    Myślisz, że Lily ma szanse na jakies nominacje do Grammy? Bo kurcze to jest album na takim poziomie.

  2. W tym roku postanowiłam zapoznać się z całą dyskografią Allen, więc myślę, że “No Shame” mi nie umknie. “Trigger Bang” i “Three” mi się podobają, jednak “Higher” wcale.
    U mnie nowy wpis, zapraszam i pozdrawiam. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *