#874 Grace Jones “Fame” (1978)

Chociaż świat na Grace Jones zwrócił oczy po ukazaniu się na singlu coveru “La Vie en rose”, płyta “Portfolio” spotkała się z bardzo średnim zainteresowaniem. Natychmiast przystąpiono do nagrywania jej następcy. Artystka ponownie zamknęła się w studiu z Tomem Moultonem, szybko tworząc kolejne kawałki, jakby wybiegała myślami w przyszłość i przewidywała, że nadchodzi zmierzch ery disco.

Podobnie jak na “Portfolio”, tak i na “Fame” znajdziemy siedem nagrań. I podobnie jak to miało miejsce na poprzedniku (a o czym, skupiając się w pierwszej kolejności na przeróbkach musicalowych klasyków), pierwsze trzy kompozycje stanowią dyskotekową suitę. “Do or Die”, “Pride” i tytułowe “Fame” zgrabnie łączą się w jedną całość, całkiem nieźle zachęcając do zabawy, choć sprawiając mi niemało problemów ze swoim rozróżnieniem. Tempo tych kawałków jest niemalże identyczne.

Druga strona płyty (co ciekawe drugie wydawnictwo Grace Jones aż do pierwszej połowy lat 90. zakupić można było jedynie na winylu; w cyfrowej sprzedaży “Fame” pojawiło się dopiero w 2011 roku) zawiera nieco ambitniejsze i szybciej przypadające mi do gustu kompozycje. Nie jestem fanką “La Vie en rose” z “Portfolio”, ale “Autumn Leaves” – kolejne spotkanie Jones z językiem francuskim – mnie oczarowało. Szczególnie podoba mi się szeptany, smyczkowy wstęp. W całym utworze zachwyca zresztą sama Grace, która brzmi jak diva. Bardzo podoba mi się także stworzone do tańców towarzyskich “All On a Summers Night”, będące kawałkiem gorącym jak lipcowe sierpniowe w tym roku. A do tego niezwykle romantycznym, choć za każdym razem rozbawia mnie tekst, w którym wokalistka przyznaje, że kocha pewnego mężczyznę, ale nie zna jego imienia. Lirycznie najbliższe jest mi filmowe, zaczynające się jak ballada i przechodzące w żywsze, rytmiczne granie “Am I Ever Gonna Fall in Love in New York City”. Piosenka traktuje o stawianiu pierwszych kroków w jakimś mieście i próbowaniu odnalezienia się w nowym otoczeniu. Szkoda, że pięć lat temu kawałek ten nie wpadł mi w ucho. Album “Fame” zamyka “Below the Belt”, które ni ziębi ni grzeje. Po prostu sobie jest, przypominając po tych trzech poprzednich numerach, że mamy do czynienia z płytą w stylistyce disco.

David Bowie w latach 1977-1979 wydał swoją berlińską trylogię. Idąc tym tropem powiedzieć więc można, że Grace Jones w podobnym czasie zaprezentowała nam swoją disco trilogy. Rok po “Fame” ukazało się bowiem “Muse”, które było pożegnaniem artystki z takim parkietowym brzmieniem. Na recenzję tego wydawnictwa przyjdzie jeszcze czas. A tymczasem… Jak wypada “Fame”? Nadal nie jest to płyta, którą chciałabym polecić każdemu, ale jest lepiej niż na “Portfolio”. Utwory są ciekawsze, lepiej zaśpiewane. Ciągle przydługie, ale czas przy nich leci dość szybko.

Warto: Autumn Leaves & All On a Summers Night

Jedna odpowiedź do “#874 Grace Jones “Fame” (1978)”

  1. Myślę, że pomiędzy “La vie en rose” a “Slave to the Rhythm” niewiele się w karierze Grace Jones wydarzyło. Mam jednak wrażenie, że jej dyskografia na Spotify ma luki, a największą z nich jest brak “Hurricane”. Kiedyś kupiłem sobie tę płytę, ale nie pamiętam gdzie i teraz mam wrażenie, że muszę ją nabyć podobnie, bo na dysku nie mogę jej znaleźć, ech karma…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *