#873 Grace Jones “Portfolio” (1977)

Podobno mało komu udaje się przepracować w jednym zawodzie całe życie. Nie wyłamuje się z tego jamajska wokalistka Grace Jones, która karierę zaczynała nie jako piosenkarka, lecz modelka. W Paryżu rozwinęła skrzydła, współpracowała z najróżniejszymi markami i pojawiała się na okładkach kolorowych magazynów. Wiedziała jednak, że w pewnym momencie będzie za stara na chodzenie po wybiegu. Wymyśliła więc siebie na nowo i portfolio pełne zdjęć postanowiła zamienić w muzyczne “Portfolio”.

Kontrakt z wytwórnią Island Records Grace podpisała w drugiej połowie lat 70. Szybko przystąpiła do nagrywania debiutanckiej płyty, która ostatecznie ukazała się we wrześniu 1977 roku. Nad całym projektem czuwał Tom Moulton, który towarzyszyć Jones będzie jeszcze przez dwa kolejne albumy. Co ciekawe w młodości także zajmował się modelingiem. Potem zafascynowało go disco, a jednym z najbardziej istotnych momentów jego kariery było współtworzenie debiutanckiej płyty Glorii Gaynor.

Pierwsze wydawnictwo Grace Jones składa się z siedmiu kompozycji, które łącznie dają nieco ponad trzydzieści sześć minut muzyki. Aż cztery z nich są coverami. I chociaż artystka siliła się na zostanie nową gwiazdą disco, postanowiła przerobić utwory, które z tym gatunkiem nic wspólnego nie miały. Najbardziej dziś znanym coverem z “Portfolio” jest “La Vie en rose” z repertuaru Édith Piaf. Siedmiominutowa (!) wersja Grace jest nagraniem delikatnie zahaczającym o latynoskie klimaty. Całość jednak nie zachwyca sprawiając wrażenie piosenki przeinterpretowanej. Nie przepadam także za “Send in the Clowns”, które w połowie zaczyna nużyć. Średnie wrażenie robią także pozostałe dwa covery – napompowane do granic możliwości “What I Did for Love” oraz wpadające w ucho, nieco przaśne “Tomorrow”. Te trzy wspomniane piosenki w swoich oryginalnych wersjach są… musicalowymi balladami. Można więc obdarować artystkę małym plusikiem za schodzenie z wydeptanych ścieżek. Cieplej odbieram autorskie kawałki Jones. We trójkę zachęcają do zabawy lepiej niż wcześniejsze przeróbki. Szczególnie warto sięgnąć po trzymające poziom, wzbogacone chórkami “That’s the Trouble”. Także nieźle słucha się nie tak rozpędzonego “Sorry” i dyskotekowo-egzotycznego “I Need a Man”.

Nigdy głębiej nie wchodziłam w disco, wychodząc z założenia, że w domu takiej muzyki słucha się dość ciężko. To brzmienie stworzone zostało z myślą o dużych imprezach. Czy na takim wydarzeniu zdecydowałabym się puścić gościom “Portfolio” Grace Jones? Niestety nie. Debiutancka płyta jamajskiej gwiazdy potrafi zmęczyć. Niby zadbano o bogatą instrumentalną oprawę (w piosenkach wykorzystano m.in. smyczki, klawisze, dęciaki i gitary), ale wiele utworów niepotrzebnie przedłużano. Nie pomogła sama Jones, która dopiero uczyła się, jak być znakomitą wokalistką. Warto z “Portfolio” obchodzić się jak z muzyczną ciekawostką. Zapewne sama Grace chciała, by od 1977 roku traktować ją jak piosenkarkę, ale dla mnie jej okładkowe zdjęcie (jak zresztą cała grafika autorstwa Richarda Bernsteina) przebija muzyczną zawartość wydawnictwa*.

Warto: That’s the Trouble

*powiesiłabym sobie na ścianie

2 odpowiedzi do “#873 Grace Jones “Portfolio” (1977)”

  1. Debiut jak debiut, trochę zagubiony, ale “La vie en rose” wybija się na maxa. Cieżko mi się jednak zgodzić z tym zahaczaniem o latynoskie klimaty, one są bardziej paryskie, no ale, wszystko jedno. To i tak jedyna piosenka z tej płyty, którą warto zachować. Do “Hurricane” jeszcze daleko.

    Nowy wpis na http://bartosz-po-prostu.com – zapraszam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *