Relacja z koncertu Editors

Brytyjski zespół Editors jest jedną z tych grup, które przy żadnej z kolejnych tras koncertowych nie zapominają o Polsce. Bywają tu często, lecz ja miałam dopiero drugą okazję, by zobaczy ich na żywo. Pięć lat. A nawet odrobinę więcej, bo ostatni raz gościli w Poznaniu 3 października 2013 roku. Zmieniła się ich muzyka. Zmieniłam się i ja. Lecz entuzjazm, z jakim udałam się do hali MP2 na MTP był ten sam. A nawet ciut większy, bo zobaczenie Editors było jak spotkanie z długo niewidzianym przyjacielem.

Gdyby ktoś się mnie zapytał, czy wybrałabym się na koncert Editors ponownie, inna odpowiedź niż pozytywna nie wchodziłaby w grę, pisałam w relacji po tamtym wydarzeniu. Na jedną ze swoich ulubionych grup tak długo bym nie czekała, gdyby do skutku doszedł koncert z końcówki 2015 roku, na który także miałam bilet. Niestety po dotarciu do Polski stan zdrowia wokalisty formacji, Toma Smitha, pogorszył się i występy odwołano. Ominęła mnie więc promocja bądź co bądź porządnego albumu “In Dream”, lecz trafiłam w sam środek imprezy, którą rozkręcają numery z “Violence”.


Zanim jednak Editorsi pojawili się na scenie, na pół godziny przejęło ją islandzkie trio Vök. Ich muzyka nie stanowiła dla mnie zagadki. Podobnie jak jej brzmienie live. W maju zeszłego roku miałam przyjemność uczestniczyć w ich poznańskim gigu. Zagrali wówczas na niewielkiej scenie w miejscu, które z koncertami kojarzy się raczej średnio. W hali MP2 mieli do dyspozycji scenę znacznie większą. Pokombinować też mogli z oświetleniem, które nadawało ich elektro-rhythm’n’bluesowo-dream popowej muzyce odpowiedniego klimatu. Ich set był krótki, ale treściwy i wypełnionymi zachęcającymi do pobujania się piosenkami z “Breaking Bones”, “Waterfall” i premierowym “Night & Day” na czele. Było jeszcze kilka nowości, więc przypuszczać można, iż w przyszłym roku czeka nas premiera nowego krążka zespołu.

Nową płytę w 2018 oddali w nasze ręce Editorsi. “Violence” z ich dyskografii podoba mi się zdecydowanie najmniej (jakoś te próby robienia muzyki na miarę stadionowych, elektronicznych, podniosłych kawałków Depeche Mode średnio mnie przekonują), ale właśnie… klubowa energia takich nagrań jak “Magazine”, “Nothingness” czy tytułowego “Violence” jest nie do przeceniania, gdy mamy ochotę na po prostu dobrą zabawę. Swój set grupa zaczęła jednak zaskakująco spokojnie, chcąc powoli nas rozgrzewać. Rolę openera przejęła na siebie zapomniana przeze mnie kompozycja “The Boxer”, którą zastąpiło “Sugar”. W dalszej części koncertu kapela żonglowała tempem. Obok “Hallelujah (So Low)” zestawiono “All Sparks”. Przy rozrywkowym “Darkness at the Doors” postawiono patetyczne “Salvation”. Taneczne “Violence” płynnie przeszło we wspaniałe, mroczne, elektroniczne “No Harm”. Editors dawali nam więc chwilę na złapanie oddechu przygotowując nas na porcję najżywszych i najbardziej skłaniającymi do poskakania utworów. Przy secie złożonym z “Formaldehyde”, “Nothingness”, “Blood”, “Papillon” (ogień!) i “Magazine” wykazać się trzeba świetną kondycją. Na bis formacja zostawiła sobie korespondujące z obecną pogodą “Cold” oraz trzy piosenki, przy których mocniej musiało zabić serce niejednego wieloletniego fana Brytyjczyków. Usłyszeliśmy bowiem “Munich”, “The Racing Rats” oraz “Smokers Outside the Hospital Doors”.


Gwiazdą koncertu, podobnie jak poprzednio, był Tom Smith. Przez lata zdążyłam już zapomnieć, jak ekspresyjną jest osobą podczas występów. Te wszystkie gesty, mimika twarzy. Daleko mu do wokalisty, który z obojętnością podchodziłby do utworów i się oszczędzał. Mniej jednak tym razem było w jego zachowaniu dzikości i szaleństwa. Zastąpiła go w tym publiczność, która od pierwszej do ostatniej sekundy wykazywała chęć wyśmienitej zabawy. A ja doznałam déjà vu – nogi i gardło po tym koncercie bolały mnie tak samo jak pięć lat wcześniej.

SETLISTA

The Boxer
Sugar
Hallelujah (So Low)
All Sparks
An End Has a Start
Someone Says
Darkness at the Doors
Salvation
Violence
No Harm
Bullets
A Ton of Love
Formaldehyde
Nothingness
Ocean of Night
Blood
Papillon
Magazine
Cold
The Racing Rats
Munich
Smokers Outside the Hospital Doors

Jedna odpowiedź do “Relacja z koncertu Editors”

  1. Ach Editors! Kiedyś strasznie za nimi szalałem, towarzyszyli mi też niemalże zawsze po imprezach, kiedy to potrzebowałem się nieco wyciszyć. W chwili obecnej trochę mi z nimi już nie po drodze. Nie wiem, dlaczego, ale jakoś tak. Co nie zmienia faktu, że na koncert bym poszedł, bo jednak trochę nas łączy. Te wszystkie przesłuchane płyty… Zazdroszczę troszkę, ale strasznie się cieszę, że to już kolejny Twój koncert tej grupy. No i bardzo podoba mi się setlista, tyle dobrych numerów!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *