#840 Editors “Violence” (2018)

Chyba to znacie. Wasz ulubiony wykonawca lub zespół wydaje nowy album. Jest oczywiście wielka radość, bo ile można męczyć te same piosenki. Równolegle pojawia się jednak pewna niepewność: co, jeśli nadchodzący krążek okaże się artystyczną porażką? W pierwszej połowie marca nowy (już szósty) longplay w moje ręce oddała brytyjska formacja Editors, której muzyka oczarowała mnie przed pięcioma laty. Artystyczna okładka, mocny, niepokojący tytuł. Wychodziłam z siebie by dowiedzieć się, co ukrywa się pod szyldem “Violence”*.

Za co najbardziej szanuję Editors? Za ciągłe kombinowanie i szukanie dla siebie nowych dźwiękowych dróg. Inspirowane post punkiem brzmienie debiutanckiego “The Back Room” czy następującego po nim “An End Has a Start” płynnie przeszło w zimne, elektroniczne granie stanowiące podporę “In This Light and on This Evening”, by po czterech latach ustąpić miejsca interesującemu, alt rockowemu “The Weight of Your Love”, które z kolei poprzedzało miksujące dark pop z synthpopem i indie rockiem wydawnictwo “In Dream”. Na nowym krążku Tom Smith i spółka starają się nie patrzeć w tył. Chcą robić konkurencję Depeche Mode, przy jednoczesnym pozostaniu sobą.

Nie przez przypadek użyłam sformułowania “starają się”, kiedy na “Violence” grupa robi krok w tył o niemalże dekadę i sięga po piosenkę, której odsłona live znana jest od dawna. Ciężko w to uwierzyć, ale studyjna wersja “No Sound But the Wind” zachwyca jeszcze bardziej, szybko dołączając do ścisłej czołówki moich ulubionych kompozycji Editors. Obok tego smutnego, zaaranżowanego na pianino nagrania ciężko przejść obojętnie, a wyśpiewywane przez Smitha zmęczonym, niepewnym głosem wersy We can never go home, we no longer have one autentycznie wzruszają. Nie zaskoczę więc pisząc, iż “No Sound But the Wind” jest moim ulubionym momentem “Violence”. Wyższy poziom prezentują także “Counting Spooks” i “Belong”, sprawiając, iż końcówka albumu wygląda najokazalej. W przypadku tego pierwszego utworu mówić możemy o dwóch piosenkach w cenie jednej. Electro-rockowy, sunący numer przechodzi bowiem w rytmiczne, zapętlone granie. “Belong” jest zaś niesamowitą, patetyczną bombą o musicalowych, spokojnych zwrotkach i mocniejszym, podnioślejszym refrenie.

Co jeszcze znajdziemy na tej niedługiej płycie? Warto sięgnąć po konkretne uderzenie gitarowego grania, które zadowolić powinno starych fanów zespołu – “Hallelujah (So Low)”; transowe “Violence”; zaśpiewane z pasją, choć mało zajmujące “Cold” oraz euforyczne “Magazine”. Najsłabiej wypadają zaś “Darkness at the Door” i “Nothingness”.

Mam spory problem z szóstym albumem Brytyjczyków. Niby jest to płyta jak najbardziej poprawna i z serii tych, których nie należy się wstydzić, ale nie wywołuje takiego trzęsienia ziemi jak “In This Light and on This Evening” czy nawet “In Dream”. Jest nośnie, jest stadionowo. Piękny wokal Toma Smitha ma w tych utworach mnóstwo przestrzeni. Całość jednak nie budzi we mnie większych emocji. Ale ciekawość, co przyniesie nam następca “Violence”, już odnotowała swoją obecność.

Warto: No Sound But the Wind & Belong

* Tytuł nowego albumu Editors ma ukryte znaczenie. Nieprzypadkowo na okładce i plakatach go promujących zapisany jest jako “VI OLENCE”. VI to w końcu rzymska 6.

4 odpowiedzi do “#840 Editors “Violence” (2018)”

  1. Rzadko ich słucham, chociaż lubię takie klimaty. Na razie najbardziej wpadło mi w ucho “Cold” 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *