#916 Rita Ora “Phoenix” (2018)

Kiedy pochodząca z Kosowa (a dorastająca w Wielkiej Brytanii) wokalistka Rita Ora wydawała przed sześcioma laty swój debiutancki album “ORA”, myślałam, że ukazanie się jego następcy będzie tylko kwestią czasu. Po sukcesie takich singli jak “R.I.P” i “How We Do (Party)” artystka była na fali wznoszącej. Szybko jednak dobra passa minęła, a Rita postanowiła skupić się na aktorstwie, sędziowaniu w telewizyjnych talent shows czy współpracy z modowymi markami. Dziś daje nam szansę, byśmy przypomnieli sobie Ritę-piosenkarkę.

Nie do końca jednak było tak, że Orze nie chciało się odwiedzać studia nagraniowego. Pracę nad następcą “ORA” rozpoczęła już kilka lat temu. Płyta ciągle miała status “coming soon”, lecz problemy z wytwórnią sprawiły, że ostatecznie do naszych uszu nie dotarły obiecane nowości. Oczekiwanie dobiegło końca w listopadzie 2018 roku. Rita tytułem swojego drugiego krążka daje nam znać, że powstała niczym feniks z popiołów. Tylko ognia brak.

Z tymi nowościami do końca nie jest tak kolorowo. Po przejrzeniu tracklisty tego dwunastotrackowego wydawnictwa okazuje się, że połowa udostępniona była zanim poznaliśmy szczegóły krążka “Phoenix”. Chętnie z tego zbioru sięgam po “Anywhere” i “Let You Love Me”. Zestawione zostały obok siebie i tworzą niezły dance popowy duet. Szczególnie ciekawie wypada pierwsza z kompozycji posiadająca ciekawy, nietypowy refren. W drugim utworze więcej jest smutku. Sympatycznie wygląda także napisane przez Eda Sheerana, lekkie “Your Song”, choć przyznam, iż nagranie znudziło mi się bardzo szybko. Nie kupuję za to trzech ujawnionych wcześniej kolaboracji: “Lonely Together”, “For You” i “Girls”. Stworzony przez Avicii’ego pierwszy kawałek nie grzeszy oryginalnością, choć dla mnie największą bolączką są obrobione wokale Rity, która brzmi tu zaskakująco dziecinnie. W stworzonym do jednej z części “Grey’a” synthpopowym numerze “For You” (feat. Liam Payne) brakuje mi choć małej dozy zmysłowości. Natomiast “Girls” jest tak nijakie (oddać jednak muszę honor i dodać, że refren wypada przyzwoicie), że dziwi, iż taka grupa tytułowych dziewczyn (obok Ory udzielają się Cardi B, Charli XCX i Bebe Rexha) nie wpłynęła pozytywnie na ostateczny wydźwięk tej piosenki.

Wspomnieni w poprzednim akapicie wykonawcy nie są jedynymi gośćmi Rity. W relaksującym “Keep Talking” głosy Ory i Julii Michaels tak się scalają, że byłam zaskoczona na wieść, iż mam do czynienia z duetem. Electropopowe “Summer Love” powstało zaś we współpracy z grupą Rudimental. Kompozycja jest gorąca, ale nieprzesadnie energiczna. Z pozostałych solowych nagrań największą niespodzianką jest wyraźnie akcentujące smyczki “First Time High”. Warto również sięgnąć po okołoballadowe “Hell Of a Life” w którym postawiono na bogatsze instrumentarium. “Phoenix” dopychają poprawne “Only Want You” i “New Look”.

Pamiętam czasy przed premierą debiutanckiego albumu Rity Ory, kiedy przedstawiana ona była jako nowa Rihanna. Nie ta charyzma, nie te produkcje, nie ta odwaga. Sorry not sorry. Stacjonująca w Wielkiej Brytanii wokalistka przy starszej koleżance po fachu wyglądała jak podróbka z bazaru. Na “Phoenix” na szczęście ktoś podpowiedział artystce, że nie warto się ścigać. Sama muzyka zawarta na płycie brzmi po prostu sympatyczniej i lżej. Tu już nie ma miejsca dla ciężkostrawnego electropopu, bo zastąpił go pop nowoczesny, nadal wzbogacony elektroniką, ale nie tak męczący. Sądzę jednak, że wokalnie lepiej wypadał poprzedni album. Chętniej Rita chwaliła się na nim głosem, tu się oszczędza. Brakuje mi także większej ilości emocji w jej wykonaniach.

Warto: Summer Love & Anywhere

4 odpowiedzi do “#916 Rita Ora “Phoenix” (2018)”

  1. Dokładnie. I tak już to komentowaliśmy na innym blogu, więc nie będę na siłę powtarzał. Ale zgadzamy się, choć w tym przypadku to trochę szkoda, bo wolałbym mieć zdanie odmienne 😉
    Mam tylko nadzieję, że na nową (lepszą) płytę nie będzie Rita kazała nam czekać kolejnych sześć lat.

    Nowy wpis na http://bartosz-po-prostu.com – zapraszam

  2. W sumie to bardzo czekałem na nową płytę Rity. Single były bardzo dobre, przyjemne i wpadały w ucho. Zwłaszcza ostatni Let Me Love You. Cieszy mnie fakt, że Rita pokusiła się o producenta, który jest przedstawicielem PC Music, bo chyba w tymże stylu brzmiałaby najlepiej. Phoenix sam w sobie nie jest jakiś wielce okrywczy, ale tak jak powiedziałaś, jest tu sto razy lżej i sympatyczniej niż na debiucie, którego nie da się momentami słuchać (mimo mojej całej sympatii do pani Ory). Uważam krążek za udany i już całkiem często do niego wracam, a to chyba dobry znak.

  3. “Anywhere” – piosenka, która znajdzie się u mnie w 100 najlepszych w tym roku. Jeden z ciekawszym radiowych hitów sygnowanych datą 2018. Cała reszta rzeczywiście taka do posłuchania i zapomnienia. Bez zachwytu, bez tragedii – średni album i tyle. Pozdrawiam i zapraszam do siebie na podsumowanie listopada. 🙂

  4. Dobrze, że mi przypomniałaś o istnieniu Rity… Tak naprawdę od 2012 na wszystkie jej kawałki wzruszam ramionami, chociaż załączone przez Ciebie “Summer Love” jest całkiem fajne.
    U mnie nowy wpis, zapraszam i pozdrawiam. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *