
Zawodowa droga brytyjskiej wokalistki Kim Wilde została ustalona już w czasie jej beztroskiego dzieciństwa. Rodzina szykowała ją na zostanie piosenkarką. Jej ojciec, Marty Wilde, w latach 50. był gwiazdą rock & rolla. Matka śpiewała w grupe The Vernons Girls. Także i jej brat zajmował się muzyką. Na początku lat 80. do tego artystycznego grona dołączyła i Kim.
Jeśli jednak myślicie, że na mentalnym wsparciu skończyło się u młodziutkiej Wilde, to jesteście w błędzie. Kompozycje, które Kim dostała do zaśpiewania na początku lat 80., gdy przystąpiła do nagrywania debiutanckiej płyty, wyszły spod ręki jej taty i brata. Drugi z nich przejął także rolę producenta albumu. Kim stała się więc kimś w rodzaju marionetki w ich rękach. Kilka lat wcześniej świat zachłysnął się wizją miksu new wave i pop rocka w wykonaniu amerykańskiej kapeli Blondie. Wraz z nadejściem “Kim Wilde” Wielka Brytania otrzymała swoją Debbie Harry.
Kim Wilde (1981)
Wibrujące syntezatory i baśniowe dzwoneczki – rozpoczynająca album kompozycja “Water On Glass” szybko przyspiesza i skręca w stronę nowoczesnego pop rocka, nudząc mi się w połowie. Prędkie tempo Wilde narzuca także i w brzmiącym jak utwór do ejtisowego teenage movie “Our Town”, szalonym, kreskówkowym “Chequered Love” oraz gitarowym “Falling Out”. Sporą dawką przebojowości odznacza się euforyczne “Kids in America” – singiel, który stał się już jedną z wizytówek pierwszej połowy lat 80. “Kim Wilde” byłoby jednak krążkiem dość nużącym, gdyby bazował na tych samych patentach. Urozmaicają go szczęśliwie wycieczki w stronę reggae (leniwe “Everything We Know”), brass bandu (zabawne “2 6 5 8 0”) czy cięższej elektroniki (sci fi “Tunin In Tuning Out”, które jest moim ulubionym momentem albumu). Znalazło się tu także miejsce dla produktu balladopodobnego. New wave’owe “You’ll Never Be So Wrong” bardziej mnie jednak ziębi aniżeli grzeje. Nie sądzę, by sama Wilde w takim spokojniejszym wydaniu czuła się pewnie.
Bardzo dobre przyjęcie singli “Kids in America” i “Chequered Love” sprawiło, że Kim stała się jedną z najpopularniejszych wokalistek na Wyspach Brytyjskich. Szybko więc rozpoczęto prace nad następcą jej debiutanckiego longplay’a, a za sterami tej maszyny ponownie usiedli Ricky i Marty Wilde. Powstała z tego płyta “Select”.
Select (1982)
Utwór “Ego” pełen klarownych wokali Wilde i aranżacji napędzanej syntezatorami rozpoczyna przygodę z krążkiem “Select”. Piosenka szybko mi się jednak nudzi i nawet jej chwytliwy refren szybko się ode mnie odkleja. O ile sama płyta jest odejściem od rockowych wpływów, echa “Kim Wilde” wciąż gdzieniegdzie pobrzmiewają. Przykładem jest piosenka numer dwa, “Words Fell Down”, której gitary elektryczne nadają lekkiej nerwowości. Ostrzejsze brzmienia wokalistka proponuje także w niepokojącym “Chaos At the Airport” oraz “Can You Come Over”. Dużo więcej tu jednak synth popowych zapożyczeń, z których najlepsze wrażenie robią lśniące “Action City” i podnioślejsze “Just a Feeling” oraz skoczne “View From a Bridge”. Największym zaskoczeniem jest wrzucona na sam koniec “Cambodia”. Podobnie jak to miało miejsce w przypadku debiutu Kim, tak i “Select” wieńczy nagranie, które udowadnia nam, że w Brytyjce tkwi spory potencjał. Synth popowo-new wave’owa kompozycja jest utworem chłodnym i klimatycznym, a do tego trzymającym w napięciu i pozwalającym na indywidualne interpretacje.
Debiutancka, imienna płyta Kim Wilde jest krążkiem, który skutecznie przenosi mnie w czasie do lat 80. Powstawała wprawdzie na samym początku tamtej dekady, lecz new wave’owe inspiracje zestawione z pop rockiem brzmiały odważnie i przebojowo zarazem. W pamięci jednak mocniej zakorzenił mi się album “Select”, który wyraźniej skręca w stronę radiowego popu przy jednoczesnym zagłębianiu się w tematykę będącą daleko od lekkich opowieści, jakich można by się spodziewać po ledwie dwudziestodwuletniej wokalistce. Niby się nieźle bawimy, ale dźwięczą nam w uszach historie o wojnie, samobójstwie, chaosie czy tęsknocie. Być może to właśnie malowane w czarnych barwach teksty sprawiły, że “Select” nie powtórzyło sukcesu “Kim Wilde”. Stało się jednak niezłą pozycją w jej dyskografii.