RECENZJA: Sabrina Carpenter “Man’s Best Friend” (2025) (#1624)

Ledwie rok po “Short n’ Sweet” amerykańska wokalistka Sabrina Carpenter wraca z nowym albumem, “Man’s Best Friend”. Od razu udało jej się wzbudzić spore zamieszanie – i to wcale nie singlem zapowiadającym projekt. To sama okładka płyty wywołała falę komentarzy i kontrowersji, które idealnie pokazują, że artystka nie boi się prowokować. Ja jednak lubię, jak za skandalami faktycznie stoi porządny produkt. 

I’m working late ’cause I’m a singer śpiewała nam przed rokiem w przeboju “Espresso” Sabrina, a ja nie sądziłam, że w słowach tych jest tyle prawdy. Wokalistka nie tylko zawzięcie promowała swój album, ale i znalazła czas na wydanie jego reedycji oraz odbycie sporej trasy koncertowej. Między najróżniejszymi zobowiązaniami kleiła materiał na kolejny krążek. Czy “Man’s Best Friend” brzmi jak dopracowany album, czy może raczej jak przygotowana na szybko porcja piosenek mających sprawić, że tak szybko o Carpenter nie zapomnimy?

“Manchild”, piosenka wybrana przed paroma tygodniami na główny singiel zapowiadający nowy projekt piosenkarki, łączy wpływy popu i country, oraz w humorystyczny sposób wbija szpileczkę byłemu chłopakowi Carpenter. Samo nagranie ma w sobie jednak coś bardzo irytującego. Echa country pobrzmiewają także w kakofonicznym “My Man on Willpower” oraz traktującym o pijackich telefonach do byłych ukochanych “Go Go Juice”. Swoich sił w folku Sabrina próbuje w rozkwitającym, utrzymanym w średnim tempie “We Almost Broke Up Again Last Night” – najlepszej piosence na albumie, która równie dobrze mogłaby ukazać się kilka dekad temu. Polane podobnie gęstym retro sosem są takie numery jak disco popowe “Tears” przywołujące echa tanecznych lat 70., najntisowe “House Tour” czy w końcu beztroski, lekki retro pop z domieszką musicalowej ekspresji postaci “Goodbye”. Po drodze otrzymujemy jeszcze chociażby synth popowo-smyczkowe “Nobody’s Son”; kołyszące, powolne “Never Getting Laid” czy rhythm’and’bluesowe “When Did You Get Hot?”.

Obawiałam się, iż album “Man’s Best Friend” okaże się być odgrzewanym kotletem i zestawem piosenek, które odpadły podczas kompletowania “Short n’ Sweet”. Podczas gdy zeszłoroczny album budował atmosferę intymności i zmysłowości, na nowym projekcie Sabrina Carpenter stawia przede wszystkim na humor, satyrę i muzyczną różnorodność. Dużo żartuje, ironizuje, komentuje – a tematem jej piosenek jest oczywiście płeć przeciwna. Artystka udowadnia, że potrafi być zarówno szczera i krucha, jak i bezczelnie zabawna i teatralna. A robi to prezentując przy okazji sporą paletę różnorodnych dźwięków, które sprawiają, że “Man’s Best Friend” nie nudzi się tak szybko, co jego poprzednik. 

Warto: We Almost Broke Up Again Last Night & Goodbye

___________

Emails I Can’t SendShort n’ Sweet

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Jeden komentarz do “RECENZJA: Sabrina Carpenter “Man’s Best Friend” (2025) (#1624)”

  1. Jak tak siedzę i słucham (trzeci raz) to też wydaje mi się być on ciekawszym albumem od “Short’n’Sweet”, a widziałam mnóstwo rozczarowujących opinii. Chyba okładka zrobiła swoje.
    Pozdrawiam. 😊

Odpowiedz na „SzafiraAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *