RECENZJA: Florence + The Machine “Everybody Scream” (2025) (#1647)

Kiedy w 2022 roku Florence + the Machine wydali “Dance Fever”, ponownie, po latach chłodniejszych uczuć, zakochałam się w ich muzyce. Ten album tchnął w zespół nową energię, przypominając mi, dlaczego przed laty dałam się porwać pełnemu dramatyzmu i intensywności światu rudowłosej Welch. Nic więc dziwnego, że na ich tegoroczny krążek, “Everybody Scream”, czekałam niecierpliwie. Tym bardziej że Florence zapowiadała inspiracje magią, czarami i ludowymi strachami, co brzmiało jak skok do mrocznego uniwersum. Chciałam znów poczuć ten dreszcz, euforię, która towarzyszy niemalże każdemu refrenowi serwowanemu przez brytyjską kapelę.

Zwiastując wcześniej nowe ery singlami “What Kind of Man” czy “King” grupa udowodniła, że wie, jak sprawić, by moja ekscytacja premierą jej nadchodzącej płyty sięgała zenitu. Także i “Everybody Scream” na pierwszy ogień wytoczyło mocne dźwiękowe działo. Lead singiel o takim samym tytule co album to teatralny rock o masywnym refrenie zachęcającym do wspólnego krzyku. To także najbardziej charakterystyczna i charyzmatyczna (ależ to musi na żywo wybrzmieć) piosenka na płycie. I moja ulubiona, choć sam krążek skrywa jeszcze kilka perełek, które jednak wymagają czasu, by dać się polubić. Najchętniej wracam więc do surowego, cięższego “One of the Greats”; spokojniejszego, pełnego akustycznych akcentów “Perfume and Milk”; ceremonialnego “Drink Deep”, w którym wokal Florence jest niecodziennie stonowany; oraz orkiestralnego, patetycznego “You Can Have It All”. 

I ostatnia z kompozycji w niesamowitym stylu wieńczyłaby przygodę z “Everybody Scream” (a nam dała czas na zebranie szczęki z podłogi), gdyby nie następujące po niej wyciszające “And Love” – ładna ballada o rzadko nawiedzającej twórczość Florence + The Machine słodyczy. Do spokojnych momentów wydawnictwa należą także minimalistyczne, gitarowe nagrania “Buckle” i trzymające w dziwnym napięciu “Music by Men”. Oryginalnymi numerami są rozbudowane, brzmiące jak osobliwy rytuał “The Old Religion” oraz nerwowe “Witch Dance”, które jak mało który utwór wpisuje się w zapowiadane czary i horrorowe motywy. Motyw potwora przemyca “Kraken” – piosenka w średnim tempie o wystrzelającym refrenie. Magia zaś zahacza o “Sympathy Magic” – nagranie, które podoba mi się z tego zestawu zdecydowanie najmniej, choć… przypomina nieco starsze dokonania zespołu.

“Everybody Scream” nie ma aż tylu błyskawicznych, zapadających w pamięć momentów jak “Dance Fever” sprawiając, iż tamten album wciąż pozostaje moim osobistym faworytem w całej karierze Florence + The Machine. Tutaj ta magia – choć obecna – ma bardziej rytualny charakter. Jedno jednak pozostaje niezmienne – Florence Welch i jej zespół nie schodzą poniżej pewnego poziomu artystycznego. Nawet jeśli ten krążek nie porywa od pierwszego przesłuchania, czuć w nim konsekwencję, odwagę i szczerość. 

Warto: Everybody Scream & One of the Greats & You Can Have It All

____________

LungsCeremonials How Big, How Blue, How BeautifulHigh As Hope ♦ Dance Fever

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Jeden komentarz do “RECENZJA: Florence + The Machine “Everybody Scream” (2025) (#1647)”

  1. Jestem oczarowana tym albumem, jego mroczną atmosferą i szczerością. To chyba jest to top3 jeśli chodzi o dyskografię F+TM. Jest tu wiele udanych utworów, jednak nie mam aż tak wielkiego entuzjazmu do tytułowego kawałka co Ty. 😀 Moim faworytem jest chyba “Music by Men”.
    Pozdrawiam.

Odpowiedz na „SzafiraAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *